Umiłowani w Sercu Jezusa, bracia i siostry,
zgromadzeni na Oborskiej Kalwarii!
Kilka lat temu będąc w rodzinnych stronach
odwiedziłem katedrę w Gdańsku – Oliwie. Przechodząc po krużganku klasztornym
tej pocysterskiej budowli, moją uwagę zwrócił obraz XVII-wiecznego
flamandzkiego malarza, zatytułowany: „Chrystus Ukrzyżowany z chorymi”. Muszę
wam wyznać, że nie mogłem oderwać oczu od tego niezwykłego obrazu. Przedstawiał
Chrystusa rozpiętego na krzyżu, który skłania głowę, patrzy na wszystkich
zgromadzonych u Jego stóp, wyciąga do nich swoje ramiona i zdaje się mówić:
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was
pokrzepię”. A pod tym krzyżem Chrystusa byli chorzy, ubodzy, dotknięci
kalectwem. Byli tam ludzie o kulach, z opaską na oku, leżący na łożu boleści.
Niezwykłe było to, że wszyscy oni patrzyli w górę – na Jezusa, mając dłonie
złożone do modlitwy. Ich twarze spokojne i pogodne, oczy pełne światła i
nadziei – zdawały się mówić: Jak jesteśmy uczestnikami cierpień Chrystusowych,
tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy. Albowiem skoro wspólnie z
Nim cierpimy, to po to, by też wspólnie z Nim przebywać w chwale.
W tego Chrystusa przybitego do krzyża
wpatrują się wszyscy chorzy, przykuci do łóżka, którzy po cichu, z wiarą i
miłością, łączą codziennie swoje ludzkie cierpienia z Męką Zbawiciela dla dobra
Kościoła, swoich bliskich i całego świata. Ten Chrystus obejmuje ich swoją
czułą miłością, jest ich Lekarzem, Mistrzem i Przyjacielem, mocą i mądrością w
godzinie próby, źródłem najgłębszej pociechy i nadziei sięgającej Wielkanocnego
Poranka.
Jak uczy Św. Jan Paweł II:
„W chorobie czy jakimkolwiek cierpieniu
trzeba zawierzyć Bożej Miłości, jak dziecko, które zawierza wszystko, co ma
najdroższego, tym, którzy je miłują, zwłaszcza swoim rodzicom. Potrzeba nam
więcej tej dziecięcej zdolności zawierzenia siebie Temu, który jest Miłością
(por. 1 J 4,8). Jakże głębokiej wartości i znaczenia – mówi papież, nabierają
słowa świętego Pawła: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13)”.
W roku 2002 odbyło się w Mediolanie sympozjum
Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Włoskich na temat: „Lekarz wobec cudu”.
Kardynał Dionigi Tettamanzi, przemawiając na zakończenie, wyraził niezwykle
piękną i głęboką myśl:
„Prawdziwy” cud nie jest przede wszystkim
darem uzdrowienia, którego Pan Bóg i tak może udzielić w sposób całkowicie
wolny.
„Prawdziwy” cud polega na rozpoznaniu w
obliczu Jezusa ukrzyżowanego posuniętej aż do granic miłości Boga, który daje
siebie samego każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie, czyniąc również nas
zdolnymi do takiej miłości.
„Prawdziwy” cud polega na tym, że potrafimy
patrzeć na chorobę, ból i cierpienie, ucząc się od Jezusa nazywać je po
imieniu, a właściwie dając im imię Chrystusowego krzyża.
„Prawdziwy” cud to umiejętność całkowitego
powierzenia się Bogu i złożenia w Nim całej nadziei i ufności, również wtedy
gdy z ludzkiego i lekarskiego punktu widzenia nie widać drogi wyjścia.
„Prawdziwy” cud to umiejętność uczynienia z
bólu daru, aktu miłości nie tylko do Boga, ale również daru dla braci:
dokładnie tak, jak uczynił Jezus!”
Dlatego, drodzy bracia i siostry, tak
potrzebne jest towarzyszenie chorym w ich życiowej drodze, wspomaganie ich z
delikatnością, ale też odważną miłością, w trudzie nadawania sensu temu, co
przeżywają. „To towarzyszenie, które rzeczywiście może przyczyniać się i na
swój sposób wzniecać „cud” przeżywania choroby czy śmierci z wewnętrznym
pokojem, okazuje się dzisiaj szczególnie potrzebne i konieczne, w sytuacji
kulturowej naznaczonej poważnym kryzysem „utraty poczucia sensu”.
Przykładem może być dla nas świadectwo
kapłana na wózku, misjonarza – werbisty, o którym chorzy i niepełnosprawni
mówią, że „cuda czynić potrafi”.
Ojciec Stanisław Olesiak (+1.12.2020) przez
siedem lat pracował jako misjonarz w Angoli, w bardzo trudnych warunkach,
prowadził budowę ośrodka misyjnego, zabiegał o żywność dla głodujących.
Niestety mając zaledwie 35 lat zmuszony był
powrócić do Polski. – Zaczęła mnie „tłuc” malaria. – opowiada o. Stanisław. W
dodatku przywiozłem sobie też amebę w wątrobie. W końcu zaczęły pojawiać się
zaburzenia wzroku, pewne luki w pamięci – opowiada. – W końcu padła diagnoza –
stwardnienie rozsiane. Na początku chodziłem o lasce, potem o kulach, aż w
końcu zmuszony byłem usiąść na wózku inwalidzkim…
Na początku był potworny ból i bunt: Boże,
dlaczego ja? Po co? Przecież jako zdrowy mogłem ludziom bardziej się przydać.
Czy źle im służyłem? Takie pytania kłębiły się w mojej głowie podczas wielu
bezsennych nocy. Problemy z poruszaniem wzmogły się, obawiałem się wyjść z
pokoju.
Myślę, że każdy buntuje się przeciwko
cierpieniu. Nawet Jezus w Ogrodzie Oliwnym wołał: „Ojcze, oddal ode mnie ten
kielich...”. Ale potem przyszła refleksja: na moja chorobę nie ma lekarstwa.
Więc co z tego, że będę się buntował? Do czego to doprowadzi? Tylko do jeszcze
większej rozpaczy.
Mogę powiedzieć o mojej obecnej posłudze, że
odkryłem nowa misję, równie ważną jak misja w Angoli. Tak, skoro Pan Bóg dał
dwie kule, a teraz wózek, to trzeba na nim jechać i kontynuować swoja posługę.
Oczywiście, że można byłoby usiąść i trwać w bezruchu, ale ja tego nie
potrafię, muszę coś robić. Przemogłem się. Wziąłem kule, wyszedłem na miasto,
szukać podobnych do mnie. Tak bardzo tęskniłem do Afryki! I nagle pomyślałem
sobie: przecież u nas też jest „Afryka”. I to jak wielka! Gdyby wszyscy chorzy
na wózkach wyjechali jednego dnia na rynek miasta, zdziwilibyśmy się na ich
widok. A przecież w Polsce żyją cztery miliony niepełnosprawnych. Jedna
dziesiąta narodu, gdzie oni są? Siedzą zamknięci w swoich czterech ścianach jak
w więzieniach. Postanowiłem, że trzeba ich z tych więzień wyzwolić, wyprowadzić
na świat.
Mszę świętą odprawiam na wózku, ale cały czas
spotykałem się i spotykam z osobami niepełnosprawnymi. Zauważyłem, ze chociaż
jestem duchownym, w swoich odczuciach choroby nie różnię się od innych.
Niejeden raz czułem żal do Pana Boga. Było to udziałem wielu osób, które
poznałem. W niepełnosprawnych rodzi się wielki bunt. Na pewno niełatwo jest żyć
ze swoją ułomnością, zwłaszcza, że nie jest się jeszcze staruszkiem. Wiara
jednak nauczyła mnie ostatecznie mówić: „coś dał Panie Boże, trzeba przyjąć”.
Ludziom fizycznie niesprawnym, zwłaszcza niewierzącym, trudno odkryć sens
swojego kalectwa. Oprócz znoszenia bólu fizycznego cierpią psychicznie i
duchowo, nieustannie pytając: dlaczego cierpienie i dlaczego akurat mnie ono
spotkało, dlaczego muszę być ciężarem dla innych? Widząc obok siebie mnie,
duchownego, również niesprawnego, bardzo często nawiązywali ze mną rozmowę. Tym
łatwiej, że widzieli, iż pomimo trudów i podobnego cierpienia uśmiecham się,
nie odrzucam Boga, ale modlę się, odmawiam brewiarz, różaniec, odprawiam Mszę
świętą, adoruję Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Ludzie otwierali się,
dzielili się tym, co czują, pytali o moje nastawienie i przeżywanie choroby.
Widząc moje zmagania i próby nadawania sensu życiu pomimo kalectwa, szukali
częstszego kontaktu ze mną, wspólnych rozmów, spotkań, prosili o spowiedź.
Pamiętam spotkanie z chorym, który prosił o spowiedź po czterdziestu trzech
latach. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, mogłem go dobrze do niej przygotować w
czasie wielu rozmów.
Choroba zbliżyła mnie do ludzi, którzy
cierpią i chorują, podobnie jak ja. Ktoś mówiąc o mnie powiedział, że „cuda
potrafię czynić”. To za duże słowa. Nie potrafię czynić cudów, ale rzeczywiście
cuda się dzieją wokół mnie. Kiedy siedzę lub leżę, mam w nogach mrowienie i
odczuwam bardzo silny ból, potrafię śmiać się, rozmawiać. Przecież to jest mały
cud, że nie skarżę się i nie użalam nad sobą. Cudowne jest, że moje zachowanie
i słowa nieraz mobilizują do życia innych chorych, którym ból czy cierpienie tak
bardzo doskwiera.
Jeszcze muszę dodać, że modlę się w ciągu
dnia za nich. Różańca z ręki prawie nie wypuszczam. A przecież są jeszcze noce;
dla mnie są to często noce nieprzespane. Bogu dzięki, że jest Radio Maryja, a
jak nie ma nic ciekawego, znowu biorę różaniec. Zawsze powtarzam na każdych
rekolekcjach, na spotkaniach, że modlitwa różańcowa jest siłą. Każdemu mówię,
że jeśli tego nie przyjmiemy, to zginiemy.
Mimo że jestem przykuty do wózka, docieram do
niepełnosprawnych przez różne formy apostolatu. Głównie przez spotkania
Stowarzyszenia Niepełnosprawnych „Spokojne Jutro”, przez wczasorekolekcje,
turnusy rehabilitacyjne, pielgrzymki. Prowadzę też bogatą korespondencję.
Gdybym przechowywał wszystkie kartony z listami, to by brakło miejsca w moim
pokoju. Często rozmawiam z chorymi telefonicznie i wysłuchuję licznych próśb o
poradę, dobre słowo i o modlitwę. Ludzie mówią, że odczuwają te modlitwę.
Osoby niepełnosprawne przeżywają ogromną
radość, kiedy składają swoje cierpienie w intencjach misji. Namawiam ich, aby
modlili się za konkretnych misjonarzy, zamawiali Msze święte i w miarę swoich
możliwości wspierali misje finansowo. Zapewniam, że w ten sposób każdy może
zostać apostołem i misjonarzem”.
Pani Henryka tak wspomina swoje rekolekcyjne
spotkanie z Ojcem Stanisławem: „Mam przed oczyma kapłana, naszego kapłana
chorych, któremu kule i krzesło pomagają utrzymać się przy ołtarzu. Kapłana,
który Mszę świętą czasem też celebruje w pozycji siedzącej. To on, ten
schorowany, wspaniały kapłan sprawił, że jakaś wielka, niewidzialna siła
ogarniała mnie i innych chorych, pozwalała zapomnieć o troskach codziennego
dnia, wznieść się wyżej i całym swoim jestestwem, całym sercem jednoczyć się z
Bogiem, z Chrystusem. Łączyłam w myśli ból i cierpienie tego cichego i
pokornego kapłana z bólem wszystkich chorych i cierpieniem Chrystusa.
Przyjmowałam Komunię świętą z tych słabych, drżących kapłańskich rąk. I potem
bóle ustąpiły. Wróciłam do domu szczęśliwa. Byłam wzmocniona duchowo,
napełniona miłością, wyposażona w głęboką ufność”.
Bł. Kardynał Stefan Wyszyński zwracając się
do chorych powiedział:
„Wy posiadacie skarb cierpienia, ofiarowanego
Bogu. Dlatego możecie wiele pomóc innym. Chciejcie więc dołączyć wasze
cierpienie do Męki Chrystusa. Nie tylko Go przez to pocieszycie, nie tylko sami
doznacie ulgi, ale jeszcze (…) swoją wiarą i nadzieją pomożecie innym (…).
Wielu ludzi oczekuje waszej pociechy i pomocy, mimo, iż sami cierpicie. (…)
Gdy będzie Wam ciężko, pamiętajcie, że i
Chrystus cierpiał. Ale idąc na Krzyż uprzedzał uczniów swoich, że trzeciego
dnia zmartwychwstanie. Pamiętajcie o tym, że i przed Wami jest zmartwychwstanie
i życie. „Smutek wasz w radość się odmieni”.
Papież Franciszek podkreśla, że „ludzie
chorzy, podobnie jak osoby niepełnosprawne, nawet bardzo poważnie, posiadają
swoją niezbywalną godność i swoją misję w życiu”.
Te słowa następcy Świętego Piotra jasno
wskazują, że właśnie ludzie chorzy, którzy z wiarą i miłością łączą swoje
ludzkie cierpienia z męką Chrystusa, są szczególnie cennymi współpracownikami
Bożymi w dziele zbawienia dusz.
Jakże wielu grzeszników doświadcza mocy
Bożego Miłosierdzia, otrzymuje łaskę pojednania z Bogiem w sakramentalnej
spowiedzi i siłę do zerwania ze zgubnym nałogiem, odnajduje sens i cel swego
ziemskiego pielgrzymowania, właśnie dzięki spotkaniu z osobą chorą, która z
cierpliwością i pogodną nadzieją złożoną w Bogu, dźwiga swój krzyż, modli się
nieustannie i ofiaruje Bogu łącząc z miłością swoje cierpienia z męką
Zbawiciela dla dobra innych ludzi.
Drodzy Moi! Tak wielu chorych stwierdza, że
zamiast uzdrowienia ciała dokonał się w nich o wiele ważniejszy cud przemiany
duchowej.
Pogodzili się ze swoim cierpieniem, a nawet
je pokochali, uświadamiając sobie, że w ten sposób stają najbliżej Jezusa
ukrzyżowanego, że niejako pomagają Mu zbawiać ten świat i ludzi. (…)
Chory często myśli, że jest taką suchą,
nieużyteczną kłodą, ale często takie właśnie kłody rozpala łaska Ducha Świętego
i chory, który myśli, że jest zupełnie nieużyteczny, zjednuje swoim cierpieniem
zbawienie innym i sam nie idzie do nieba z pustymi rękami, bez zasług. Jeśli
chory człowiek otwiera się na innych, jest wielkim skarbem dla tych, którzy mu
pomagają. On wspiera ich duchowo. Pewna kobieta na wózku inwalidzkim cieszyła
się, gdy jeden z księży co miesiąc podawał jej kolejne intencje modlitewne. Mówiła
tak: „Proszę księdza, ten mały pokoik pomieści wielu ludzi." I mówi ów
kapłan: "Cieszyłem się, że mogę być spokojny o trudne ludzkie sprawy,
które ona umieściła w swoim sercu.” Wielu chorych modli się również za
małżeństwa przeżywające kryzys, za syna, który padł ofiarą sekty, za córkę
narkomankę, za kobietę po wypadku… Kiedyś powiedział pewien lekarz, że ci,
którzy pomagają innym, znacznie szybciej wracają do zdrowia, niż ci, którzy
zajmują się tylko swoją chorobą. Zobaczcie, kochani, jak bardzo jesteście
potrzebni i ile dobra możecie wyświadczyć!” (Ks. Dariusz Kielar CSMA).
Najmilsi Bracia i Siostry! Kochani Chorzy!
Nasze rozważanie zakończmy słowami modlitwy ojca Stanisława i niech stanie się
ona także naszą modlitwą:
„Panie Jezu, tę chorobę, którą na mnie
zesłałeś, przyjmuję jako łaskę z Twoich rąk.
Ona mnie dręczy, ale czyni także bardziej
podobnym do Ciebie.
Naucz mnie cierpieć tak, jak Ty...
Spraw, żeby moje cierpienia przyczyniły się
do prawdziwego dobra tych, których kocham.
Odnawiam ofiarę mojego ciała, mojego serca,
mojej woli, moich lęków i mojej bezsenności, moich udręk i całego mojego życia.
Składam ufnie w Twoje ręce, jako Przyjaciela,
całą moją przeszłość, abyś ją oczyścił, moje „teraz”, abyś je uświęcił, moją
przyszłość, aby była taka, jakiej Ty oczekujesz ode mnie.
Mam, mój Panie, tylko jedną wolę – to jest
Twoja Wola!”. Amen.
o. Piotr Męczyński OCarm.
|