Papież Leon
XIV w sobotę 6 czerwca br. rozpoczął swoją Pielgrzymkę Apostolską do Hiszpanii
pod hasłem „Podnieście Oczy”.
W środę 10 czerwca br. Ojciec
Święty nawiedził leżące na terenie Katalonii sanktuarium Matki Bożej w
benedyktyńskim opactwie Montserrat niedaleko Barcelony, gdzie razem z licznie
zgromadzonymi wiernymi odmówił Różaniec i litanię do NMP.
Opactwo Matki
Bożej w Montserrat, założone w 1025 r., od wieków jest jednym z duchowych
centrów Katalonii. W bazylice czczona jest romańska figura Matki Bożej z XII
w., nazywana Morenetą („Czarnulką”) i uznawana za patronkę Katalonii.
W swoim
przemówieniu Leon XIV wskazywał, że szczególnym owocem tego spotkania z Matką
Bożą w Montserrat są „głębokie nawrócenia, jak to, którego doświadczył św. Ignacy Loyola,
który w tym niezwykłym miejscu, po nocy spędzonej na modlitwie przed Maryją
Panną, złożył swoją rycerską broń – wydarzenie to wyznaczyło początek nowego
życia w służbie Jezusowi Chrystusowi”.
Ojciec Święty
zachęca: „Kontemplujmy Maryję z Montserrat, która ukazuje nam Jezusa jako
bezbronne Dziecię spoczywające na Jej kolanach; Ona jest tutaj, przy swoim
Synu, zapraszając nas, abyśmy się wzajemnie miłowali. Złóżmy dziś u Jej stóp
pancerze, które stopniowo uczyniły nasze serce zatwardziałym.
Dziecię Boże,
które Maryja trzyma w swoich ramionach, nie nosi żadnej zbroi, a później to
właśnie Ono, obnażone na krzyżu, całkowicie zawierzy się Ojcu, aby nas zbawić
nieuzbrojoną i rozbrajającą mocą miłości. (…)
Rozważmy
również, jak Maryja Panna w swojej prawej dłoni trzyma kulę ziemską, znak
swojej macierzyńskiej troski, ponieważ cały świat znajduje miejsce w Jej sercu.
Zachęca nas Ona do uznania się za braci i siostry, tak aby nikt nie został
wykluczony i aby komunia była silniejsza niż wszelki podział.
Prośmy Maryję,
Królową Pokoju, aby uczyła nas wyrzekać się raniących słów, pochopnego osądu,
obmowy i oszczerstw. I abyśmy nauczyli się strzec i pielęgnować miłość w
rodzinie, wśród przyjaciół, w miejscu pracy, w mediach społecznościowych, w
debatach politycznych oraz we wspólnotach chrześcijańskich, tak aby nienawiść
ustąpiła miejsca nadziei i pokojowi”.
Bracia i
Siostry!
Widzialnym znakiem
naszej duchowej łączności z Ojcem Świętym i katalońskim sanktuarium maryjnym
jest figura umieszczona dzisiaj na głównym ołtarzu, będąca wierną kopią
wizerunku Czarnej Madonny z Montserrat.
Pozwólcie, że
przedstawię krótko niezwykłą historię tej kopii. 23 maja 2010 r., w Niedzielę
Zesłania Ducha Świętego, 74 – letni p. Leon z Kartuz ofiarował dla Oborskiego
Sanktuarium własnoręcznie wykonaną kopię Figury Matki Bożej z Montserrat. Do
tego niezwykłego wotum dołączył następujące świadectwo:
„Moja
siostrzenica przywiozła mi z Hiszpanii, z góry Montserrat, zdjęcie z opisem
Czarnej Madonny. Po pewnym czasie dostałem natchnienie wyrzeźbienia w drewnie
figurki Matki Bożej na wzór otrzymanej fotografii. Tę figurkę wykonałem w
czasie mojej ciężkiej choroby – rak płuc.
Wykonałem ją z
twardego drewna gruszy, natomiast części czarne tzn. twarze Jezusa i Maryi, ich
dłonie, owoc granatu trzymany przez Jezusa i stopy Dzieciątka są wykonane z
drewna dębowego, liczącego ok. 600 lat, pochodzącego z kartuskiej kolegiaty
(tzn. dawnego kościoła i klasztoru kartuzów).
Od trzech lat,
prawie co miesiąc (o ile pozwalało mi na to zdrowie) przyjeżdżałem z
pielgrzymką do Obór, do Matki Bożej Bolesnej, która dodawała mi sił i radości w
zmaganiu się z moją chorobą. Wracając z Obór z jednej pielgrzymki niecierpliwie
czekałem na wyjazd następnej.
Jestem bardzo
szczęśliwy, że Matka Boża zaprosiła mnie do swojego Sanktuarium i od tego czasu
wiem, że nie jestem sam w swoim cierpieniu, które przyjmuję za łaskę od Boga i
ofiarowuję je za wszystkich chorych i cierpiących [przebywających] w domach,
hospicjach i szpitalach.
W dowód
wdzięczności pragnę ofiarować przeze mnie wykonaną rzeźbę do Sanktuarium Matki
Bożej w Oborach”.
Pan Leon po
raz ostatni był w Oborach w listopadzie 2009 r. Przez trzy lata chorował
na nowotwór płuc.
6 listopada
2010 roku pani Kornelia napisała o nim świadectwo, które przekazała do Obór:
„Mój wujek
Leon Piotrowski urodził się 27 lipca 1936 roku. Przez całe życie ciężko
pracował, aby utrzymać rodzinę. W maju 2007 roku zachorował i po zrobieniu
zleconych badań usłyszał wyrok – rak płuc.
Razem z jego
rodziną - żoną i synami - starałam się być blisko niego i w tych ciężkich dla
niego chwilach, jakoś go wspierać – dobrym słowem, modlitwą. Zaproponowałam mu
wyjazd do Obór. Starałam się mu jak najwięcej opowiedzieć o tym przepięknym
miejscu, w którym byłam już wielokrotnie, i o miłości Matki Bożej do nas
wszystkich tam przybywających. Na początku niezbyt był do tego wyjazdu
przekonany, ale prosiłam – jedź tylko jeden raz i zobaczysz, a potem
zdecydujesz, czy warto tu wracać. Pojechał! I od tego czasu – o ile mu zdrowie
pozwalało – jeździł z nami, pielgrzymami z Gdańska, co miesiąc. Wszyscy
polubiliśmy go i nazwaliśmy Wujkiem Leonem nas wszystkich. Wujek Leon, mimo
swojej choroby, tryskał zawsze dobrym humorem i energią, i mimo cierpienia i
bólu, jakie nieraz w drodze pielgrzymowania doznawał, nie mógł się doczekać
następnego wyjazdu, następnego spotkania z Matką Bożą w Oborach.
W drodze dużo
rozmawialiśmy o jego chorobie, cierpieniu, a nawet o śmierci, ale Wujek będąc w
międzyczasie w szpitalach (na chemii, radioterapii) widział nie swoje
cierpienia, lecz cierpienia innych ludzi – a przede wszystkim dzieci. Za każdym
razem kiedy jechaliśmy do Obór, w drodze prosił bym głośno odmawiała różaniec w
jego imieniu (bo sam nie mógł ze wzruszenia) właśnie za chore dzieci, osoby
samotne i cierpiące. Mówił do mnie, że swoje cierpienie ofiaruje za te dzieci w
szpitalach i hospicjach, i wtedy jest mu lepiej uporać się z tą chorobą.
Ostatni raz do
Obór pojechał z naszą grupą w listopadzie 2009 roku. Podczas przerwy po Mszy
świętej, stanął przed kościołem na placu, obejmując wzrokiem całą Drogę
Krzyżową i plac przed kościołem, i powiedział – ja jestem tutaj ostatni raz –
po czym bardzo się rozpłakał. Od tego czasu coraz bardziej podupadał na zdrowiu
i był coraz słabszy, ale nas pielgrzymów, wyjeżdżających na następne
pielgrzymki, prosił o modlitwę i o szczęśliwą śmierć dla niego. Po każdym moim
powrocie z Obór niecierpliwie czekał na mnie kiedy przyjadę do niego i mu
wszystko opowiem o naszych przeżyciach. I wtedy mówił, że był tam z nami (na
Wieczerniku), całą swoją duszą minuta po minucie. Mimo swojej słabości zawsze
tryskał dobrym humorem i uśmiechem, w ręku trzymał różaniec, a na piesiach
tulił Szkaplerz przyjęty w Oborach 29 września 2007 roku. Mówił do mnie, że wie
iż musi umrzeć, stąd odejść, i się tego nie boi. (…) Mówił, że był szczęśliwy,
że najpiękniejszy czas w jego życiu – to czas jego choroby, to czas pięknie
przeżytych chwil w Oborach, bo dzięki chorobie dotarł właśnie do Obór, poznał
ludzi z autokaru, których polubił i za którymi zawsze tęsknił.
Pasją wujka
Leona było rzeźbienie w drewnie. W 2009 roku dostał od swojej siostrzenicy
obrazek z postacią Matki Bożej – Czarnej Madonny z Montserrat (w Hiszpanii).
Patrząc na ten obrazek dostał takie natchnienie, aby wyrzeźbić w drewnie taką
figurkę. Udało mu się wydobyć całe piękno tej przepięknej Pani z Dzieciątkiem
na kolanach. Po wykonaniu tej figurki Wujek prosił, abym zawiozła ją do Obór w
podziękowaniu za opiekę Matki Bożej nad nim przez te wszystkie trudne chwile,
za to, że Matka Boża zaprosiła go do Obór, gdzie czuł się naprawdę szczęśliwy.
Przyjeżdżając z jednej pielgrzymki, przygotowywał się i tęsknił już za
następnym wyjazdem.
Wujek Leon
odszedł od nas 20 sierpnia 2010 roku o godzinie 14.30, był w pełni świadomy do
samego końca. Odszedł cichutko, spokojnie… Po otrzymaniu wiadomości o odejściu
wujka, pojechałam do niego natychmiast, czułam wielką ulgę, bo wiedziałam, że
jest już szczęśliwy i bezpieczny, a potwierdzeniem tego była jego twarz, z
której emanował niesamowity spokój i radość…”.
Drodzy bracia
i siostry, przyjrzyjmy się przez chwilę figurze Czarnej Madonny, wykonanej
przez p. Leona z Kartuz. Ta piękna figura jest przesłaniem, swoistym
testamentem Leona Piotrowskiego. Przede wszystkim zdumiewa fakt, że artysta
dysponując jednym zdjęciem potrafił wykonać tak wierną kopię figury Matki Bożej
z Montserrat. Wykonując kopię artysta wykorzystał drewno gruszy i stare, 600 –
letnie, drewno dębowe z kartuskiej świątyni, ofiarowane mu przez proboszcza. W
ten sposób rzeźba ta w symboliczny sposób łączy i zespala, staje się znakiem
wierności i ciągłości, tego, co stare (symbolizowane przez 600 – letnie, czarne
już, drewno dębowe z dawnego opactwa kartuzów) z tym co nowe (twarde drewno
gruszy). Dzięki temu sama kopia Czarnej Madonny nabiera szczególnej wymowy.
Maryja jest tą, która stoi na straży naszej wierności dziedzictwu wiary ojców,
broni naszej chrześcijańskiej tożsamości.
Czarna twarz
Madonny z Montserrat wykonana przez p. Leona z dębowej deski liczącej ponad 600
lat przypomina nam Czarną Madonnę z Częstochowy do której lud polski śpiewa:
„Sześćset lat,
Maryjo, z nami jesteś,
Z Jasnej Góry
wiecznie trzymasz straż.
Sześćset lat
już bronisz nas od nieszczęść,
By nie zginął
polski naród nasz”.
Figura
wykonana przez p. Piotrowskiego wpisuje się w ciąg historycznych związków
łączących Montserrat z Jasną Górą. Warto przypomnieć, że w 1939 roku pewien hiszpański
polityk z Barcelony napisał poemat pt. „Rozmowa Czarnych Madonn, polskiej i
katalońskiej”.
W tymże
poemacie Madonna z Montserrat głosi, że one obie są strażniczkami Europy: „My
dwie na straży, jako warty czujne na krańcach ziemi przez wieki stworzonej, ja
na Zachodzie, Ty gdzie zorze wstają”.
Łączą je
zarówno miejsca (obie znajdują się w sanktuariach, które powstały na
wzniesieniach, przy czym góra Montserrat z powodu białych skał kojarzona jest z
Jasną Górą). Łączy to, że obie są patronkami swoich narodów. Podobne są też
cuda, jakie miały się dokonać za ich wstawiennictwem. Czarna Madonna z
Montserrat oparła się bowiem Maurom (muzułmanom), tak jak nasza Madonna –
Szwedom. Maurowie nigdy nie zdobyli ani nie zajęli klasztoru na skalistej górze,
który stał się symbolem chrześcijańskiego oporu i hiszpańskiej tożsamości.
Na figurze z benedyktyńskiego
opactwa na Montserrat widzimy Maryję z koroną na głowie, siedzącą na tronie. Na
Jej kolanach mały Jezus, także w koronie. Ona, pokorna służebnica Pańska, jest
prawdziwym tronem Boga – Człowieka, Jezusa Chrystusa, Króla serc i dusz
ludzkich. Taką też od sześciu wieków tronuje na Jasnej Górze, pragnąc by
Najświętsze Serce Jezusa zawsze królowało w naszych sercach, rodzinach i w
całym Narodzie.
Pan Leon z
Kartuz był jednym z tych wiernych synów Czarnej Madonny, prawdziwych świadków
miłości Bożej i cichych budowniczych Królestwa Chrystusowego. Dawał świadectwo
żywej wiary, wrażliwości na cierpienia bliźnich, chorych dzieci, oraz piękny
przykład pielęgnowania chrześcijańskich i narodowych tradycji w polskim domu.
Pamiętam, że pani Kornelia podczas naszego ostatniego spotkania w Oborach,
pokazała mi zdjęcie płaskorzeźby wykonanej przez wujka Leona, której tematem
była modlitwa rodziny przed posiłkiem.
Drodzy bracia
i Siostry!
Należy
podkreślić, że w dziele obrony wiary, budowania Kościoła, rozszerzania
Królestwa Chrystusowego, szczególną i niezastąpioną rolę odgrywają ludzie
chorzy, tacy jak p. Leon, którzy wielkodusznie, z wiarą i miłością, łączą swoje
ludzkie cierpienia ze zbawczą męką Chrystusa. Są oni najważniejszymi
współpracownikami Chrystusa w dziele odkupienia, są prawdziwym skarbem Maryi
Bolesnej, źrenicą Jej oczu, radością Jej Serca.
Jesteście
największym skarbem Kościoła! – mówił do chorych św. Jan Paweł II. Papież w
swoim nauczaniu wielokrotnie podkreślał godność ludzi chorych, już na początku
swojego pontyfikatu zwrócił się do nich z prośbą, aby go wspierali, ofiarując
Bogu swoje cierpienia jako gwarancję skuteczności Jego posługi Kościołowi i
ludzkości. Podkreślał również ogromną wartość świadectwa ludzi chorych:
„Waszym bólem
możecie umocnić chwiejnych, wezwać do poprawy upadających, napełnić spokojem i
ufnością tych, którzy wątpią i są przerażeni. Wasze cierpienia przyjęte i
połączone z cierpieniami Ukrzyżowanego, mogą stać się wyjątkową mocą w walce o
zwycięstwo dobra nad mocami zła, które na różne sposoby zagrażają współczesnemu
człowiekowi”.
Drodzy w Sercu
Jezusa, bracia i siostry!
Kochani
chorzy, zgromadzeni przed obliczem Matki Bolesnej!
Niech czas
życiowej Kalwarii będzie dla Was sposobnością do składania świadectwa miłości
wobec Chrystusa i ludzi.
Niech
przywołane dzisiaj świadectwo Leona z Kartuz pomoże Wam odkryć, jak wspaniała
jest wasza misja w Kościele!
Jak cenni
jesteście w oczach Matki Bożej i jak bardzo miłuje Was Chrystus Pan, Boski
Odkupiciel i Niebieski Lekarz naszych dusz i ciał. Jemu wszelka cześć i chwała
na wieki wieków. Amen.
o. Piotr
Męczyński O.Carm.
Obory, 10
czerwca A. D. 2026
|