Drodzy w
Chrystusie Panu, bracia i siostry, zgromadzeni w Oborskim Wieczerniku!
W moim
brewiarzu kapłańskim noszę stary obrazek ze srebrnego jubileuszu kapłaństwa o.
Alberta Urbańskiego (1911 – 1985), karmelity, urodzonego w niedalekim Frankowie
k. Zbójna (ok. 10 km od Obór). Jego powołanie zrodziło i rozwijało się tutaj
pod czułym spojrzeniem Matki Bożej Oborskiej do której przychodził od dziecka.
Wspomniany
przez mnie obrazek z 25 – lecia kapłaństwa o. Alberta przedstawia Jezusa
Dobrego Pasterza, który z małą owieczką niesioną troskliwie na ręku otwiera
bramę i wprowadza do bezpiecznej zagrody stado owiec podążające za Nim.
Jezus
powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem i znam moje owce. Dobry pasterz daje
życie swoje za owce. Chrystus do dzisiaj swoim przykładem inspiruje pasterzy Kościoła, aby z
oddaniem paśli powierzoną im przez Boga trzodę.
Do grona tych wiernych i gorliwych kapłanów ukształtowanych według Bożego
Serca należał ojciec Albert Zenon
Urbański O.Carm.
Urodził się 20
grudnia 1911 roku we Frankowie k. Zbójna, niedaleko karmelitańskiego sanktuarium
Matki Bożej Bolesnej w Oborach jako najmłodszy spośród czworga rodzeństwa. W
1924 roku ukończył Publiczną szkołę Powszechną w Zbójnie koło Rypina. 10 lutego
1929 roku w wieku 18 lat wstąpił do Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z
Góry Karmel we Lwowie. Przyjął imię Albert. O przyczynach swojej decyzji, młody
zakonnik, napisał: „Najważniejszą przyczyną jest to, że mieszkałem na wsi w
pobliżu klasztoru OO. Karmelitów Trzewiczkowych (…) Następnie gdy starszy mój
brat do tegoż Zakonu został przyjęty, moje pragnienie służenia Bogu i Matce
Najświętszej w stanie duchownym
spotęgowało się i ta drogą tj. przez tegoż brata uzyskałem nareszcie przyjęcie
do Zakonu Karmelitów. Dopiero tutaj dowiedziałem się o istnieniu innych
Zakonów. Z pomiędzy bliżej poznanych Zakonów, najbardziej kocham Zakon Matki
Bożej z Góry Karmel, z powodu szczególniejszego Jej kultu w tym Zakonie. Jest
naprawdę niebywałe szczęście na ziemi, być pod taka szczególną opieką Tej Matki
Miłosierdzia. Za największe szczęście na ziemi uważam dla siebie to, abym mógł
w tym Zakonie wytrwać do śmierci i wypełnić to czego ten Zakon się domaga ode
mnie”.
W 1931 roku młody
br. Albert ukończył Państwowe Gimnazjum we Lwowie, w roku 1932 złożył pierwsze
śluby zakonne. Trzy lata później złożył profesję wieczystą. W latach 1935–1939
ojciec Albert studiował teologię w Międzynarodowym kolegium karmelitańskim św.
Alberta w Rzymie.
Dnia 10 lipca
1938 roku o. Albert otrzymał w Rzymie święcenia kapłańskie. Rok później, 12
lipca 1939 roku opuścił Rzym i udał się w drogę powrotną do Krakowa. Stąd pojechał
na swoje prymicje do Działynia. 15 sierpnia odwiedził Obory, a następnie Skępe.
30 sierpnia około południa rozpoczęto wywieszać plakaty o zarządzonej
mobilizacji. Natychmiast wrócił do Obór, gdzie w urzędzie gminnym kazano mu
wracać do miejsca zamieszkania. 31 sierpnia w nocy wyjechał pociągiem do
Krakowa. Do klasztoru dotarł 1 września w nocy o godz. 1.30.
W swoich
wspomnieniach tak pisze o tym dniu: „Znużony po odprawieniu Mszy św. ułożyłem
się do snu, a tu za chwilę syrena: alarm przeciwlotniczy. Zrywam się: co jest?
– Powiadamiają mnie, że dziś miała odbyć się próba nalotów i kazano iść spać.
Ale po krótkiej chwili znów aeroplany, bomby i okropna panika w mieście. Nie
próba lecz rzeczywisty nalot nieprzyjaciela. Rwetes… do piwnicy, itd. … Był to
piątek 1 września 1939, pierwszy dzień niewypowiedzianej jeszcze wojny, której
skutki któż zdoła opisać”.
Dnia 18
września 1940 roku O. Albert razem z innym współbraćmi z krakowskiego klasztoru
został wezwany przez gestapo na ul. Pomorską, tu aresztowany pod zarzutem
śpiewania pieśni „Serdeczna Matko”, budzącej nastroje patriotyczne i
przewieziony razem z innymi do więzienia Montelupich w Krakowie.
W trzecim dniu
wojny, 3 września 1939 roku, o. Albert powiedział w kazaniu w kościele, iż
Hitler musi przegrać wojnę, ponieważ porwał się na Boga. W rok później
hitlerowski sługa w Krakowie, gestapowiec Siebert, powiedział mu, że aż cały
rok czasu miał do rozważenia tego pewnika, że Polski nie ma i być nie może, a
jeszcze tego nie pojął. Dlatego zamknął go na Montelupich. Dnia 29 listopada
1940 roku został przewieziony z więzienia Montelupich do obozu zagłady w
Oświęcimiu, w którym przebywał do 10 grudnia 1940 roku.
W swojej
książce „Duchowni w Dachau” (z 1945 r.) o. Albert napisał: „… nie mogłem sobie
wyraźnie zdać sprawy, czy istotnie znajduję się jeszcze wśród żyjących, czy też
porwany zostałem wprost do piekła! Na samym wstępie uderzył mnie jaskrawy
paradoks: Oto w drodze do Oświęcimia z krakowskiego Montelupich, poganin
hitlerowski uderzył mnie kilka razy za zdejmowanie kapelusza przed wizerunkiem
Ukrzyżowanego: a tu trzeba było stale zdejmować czapkę przed wszystkimi
hitlerowcami! Tryb życia obozowego zasługiwał w całej pełni na miano „Piekła
hitlerowskiego”. … Już w drugim tygodniu pobytu w Oświęcimiu liczyłem sobie
najwyżej jeszcze kilka lub kilkanaście dni życia. Sadziłem, że niedługo już i
mnie przewiozą na taczkach x miejsca pracy na apel wieczorny, a potem odniosą
do krematorium”.
8 grudnia 1940
roku, w samą uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, przyszła definitywna
wiadomość, że wszyscy księża wyjadą do obozu w Dachau. Dnia 10 grudnia 1940
roku transport z Oświęcimia w liczbie 69 duchownych, w tym jeden świecki,
załadowano do jednego wagonu bydlęcego, zabito drzwi i okna, i w takiej
nieopisanej mitrędze dowieziono ich do Wiednia. T w więzieniu czekali kilka
godzin na połączenie do Monachium. Dnia 12 grudnia 1940 roku zostali
przywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau, dokąd przywieziono również
księży z obozów: Gusen, Buchenwaldu i Sachsenhausen.
Obóz ten stał
się prawdziwą „Golgotą polskiego duchowieństwa”. Niemcy więzili w KL Dachau
łącznie 2794 zakonników, diakonów, księży i biskupów katolickich. Większość, bo
aż 1773 duchownych, pochodziło z Polski. Połowa z nich, dokładnie 868, zostało
zamęczonych w obozie przez niemieckich hitlerowców.
„W grudniu
1944 roku w obozie dachaowskim wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Zamykano
blok za blokiem. Izolowane bloki mieszczące około 1000 niewolników każdy,
skazane były na zagładę. Księża patrząc codziennie na wynoszone z izb
przyległego do ich bloku trupy, świadomi swej bezsilności w niesieniu pomocy
materialnej, przede wszystkim jednak troszczyli się o stan dusz
nieśmiertelnych. Dlatego tez kilku księży zgłosiło się dobrowolnie pójść na te
bloki objęte tyfusem i biegunką, zdając sobie sprawę, że wchodząc za bramę
kwarantanny żegnają się z tym światem”.
O. Albert
wspomina: „Z końcem stycznia 1945 r. odizolowano blok 30, który odgradzała od
naszego bloku nr 28 uliczka szeroka około 9 metrów. Dostać się do chorych było
niemożliwością. Kapłani mogli jedynie patrzeć z okien swojego bloku na smutne
żniwo epidemii: codziennie rano specjalne komando wynosiło z baraków zmarłych.
W jednym tylko baraku umierało dziennie od 40 do 70 osób”. Był wśród nas kapłanów
ks. Stefan Wincenty Frelichowski (beatyfikowany przez pap. Św. Jana Pawła II w
Toruniu 7 czerwca 1999 r.). Pochodził z diecezji chełmińskiej. Któregoś dnia,
gdy zwłoki ponad 200 zmarłych wywożono do krematorium, ks. Stefan zwrócił się
do mnie: - „I pomyśleć, że tylu ich umiera bez pociechy kapłana, chociaż jest
tu nas jeszcze kilkuset księży”. Była to chwila, w której jak gdyby
zdecydowanie dojrzała w nim myśl, że trzeba się koniecznie poświęcić dla tych,
którzy w takim poniżeniu i osamotnieniu
czekają na śmierć. Z przejęciem mówił dalej: musimy za wszelka cenę
dostać się na bloki izolowane i zdobyć do nich urzędowy przydział. Zgłosimy się
jako personel blokowy w miejsce tych, którzy zmarli, a zmarli wszyscy: pisarze,
blokowi, izbowi. Tam nie ma nawet kto rozdzielać zupy, nikt nie prowadzi żadnej
ewidencji, jaka ilość jest jeszcze przy życiu… Chcąc spowiadać chorych jeden
nie podoła zadaniu… Było rzeczą jasną, że czekał na naszą odpowiedź”.
Teresa
Kulczyńska w pośmiertnym wspomnieniu o O. Albercie napisała: „Wówczas, jak mi
to opowiadał O. Albert, zwrócił się do niego ks. Stefan Frelichowski, z
propozycją, aby z nim razem zgłosili się do obsługi chorych na tyfus. O. Albert
z cechującą go prostotą opowiadał mi, że się bał. „A jak i my się zarazimy?” Na
co odpowiedział ks. Frelichowski: „Cóż znaczy nasze życie, gdy tam dusze giną”.
Sam zaś o. Albert wspomina: „Zapytał mnie wprost, czy się zgłaszam do tej
akcji. Decyzja nie była łatwa, byliśmy przecież młodzi, a wyzwolenie – po
czterech i pół latach udręki – prawie blisko… Przejście na bloki izolowane
oznaczało niechybne zarażenie się i groziło śmiercią. Powiedziałem, że dam
odpowiedź jutro. Nazajutrz, kiedy ks. Stefan ponowił swoje pytanie, odrzekłem,
że zdecydowałem się pójść, ale muszę uzyskać na to zgodę mojego przeora. Zaraz
też udaliśmy się do niego. Po przedstawieniu sprawy przeorowi , o. Pawłowi
Hilaremu Januszewskiemu, usłyszeliśmy odpowiedź odmowną: „Nie , nie zgadzam
się! Jest tu przecież tylu z innych zakonów, nas karmelitów pozostało tak
niewielu… Nie, nie możesz iść, ty musisz wrócić do Krakowa”. Nie próbowałem go
przekonywać o słuszności mojej decyzji. Ks. Frelichowski pozostał z ojcem
przeorem i dzięki swoim argumentom nakłonił go do zmiany postanowienia. W
krótkim czasie po ich rozmowie O. Hilary powiedział do mnie: „Jeśli chcesz to
idź”…
O. Hilary,
jako przeor, czyli przełożony o. Alberta, także w tych dramatycznych warunkach
obozowych był świadom swojej odpowiedzialności przed Bogiem za życie
powierzonych jego ojcowskiej trosce współbraci związanych z nim wieczystym ślubem
posłuszeństwa, w którym Bóg objawia swoją świętą wolę pełną miłości. Już
wcześniej – w Krakowie - o. Hilary jako przeor klasztoru dał wielkie świadectwo
swojej wielkiej miłości i poczucia odpowiedzialności za powierzonych jego
trosce współbraci.
Szczególnie
uwidoczniło się to 4 grudnia 1940 roku, gdy żołnierze niemieccy przyszli
aresztować zakonników za to, że pomimo zakazu w kościele śpiewana była pieśń
„Serdeczna Matko”. O. Hilary nie został wówczas aresztowany, ponieważ w tym
czasie przebywał poza klasztorem. Po powrocie od razu czynił starania by
uwolnić współbraci. Mimo ostrzeżeń udał się na Gestapo, twierdząc, że to on
jest przeorem klasztoru i to on odpowiada za wszystkich. W wyniku jego starań
uwolniono o. Jana Konobę, który był chory i słaby. A stało się to po tym jak O.
Hilary powiedział do gestapowców: „Weźcie mnie, a jego wypuśćcie”. O. Jan
wrócił do klasztoru, a O. Hilary pozostał w więzieniu na Montelupich. To było
wielkie świadectwo jego miłości i odpowiedzialności za współbraci. Tam w
więzieniu Gestapo przy ul. Montelupich rozpoczęła się osobista droga krzyżowa
o. Januszewskiego.
Wiosną 1941
roku został przewieziony do Konzentrationslager Sachsenhausen, a stamtąd od
obozu koncentracyjnego w Dachau, położonego około 15 km od Monachium.
Skierowano go do bloku 28, gdzie uwięzionych było innych stu polskich
duchownych. Tutaj odnalazł swoich współbraci, za którymi, w grudniu 1940 roku,
wstawiał się na Gestapo w Krakowie, m.in. o. Alberta. O. Hilary był ceniony
przez współwięźniów za dobroć, uczynność i poświęcenie. Nikomu nie odmówił
pomocy i czynił to z wielką skromnością i prostotą. Potrafił podzielić się z
głodnym współwięźniem ostatnim kawałeczkiem chleba. Nigdy nie narzekał.
Posiadał cnotę wiary w Opatrzność i lepsze jutro oraz pewność, że nic nie
dzieje się bez woli Bożej. Ta cnota sprawiała, że otaczało go wiele osób
potrzebujących pocieszenia i wsparcia, które im dawał, podnosząc na duchu i
świadomie szerząc optymizm, szczególnie w chwilach beznadziejnej rozpaczy.
Dzięki moralnemu wsparciu O. Hilarego wielu więźniów przeżyło ten okrutny czas
upodlenia człowieka i jego godności. Zawsze opanowany, cieszył się wielkim szacunkiem
wśród współwięźniów, dla których był również przykładem życia modlitewnego.
Każdego wieczoru po obozowym apelu karmelici spotykali się razem na chwilę
wspólnej modlitwy, polecając się opiece Maryi słowami hymnu „Salve Regina”.
Musieli być bardzo ostrożni, ponieważ takie spotkania były zabronione i można
było za nie zostać ciężko ukaranym. Ta chwila modlitwy oraz celebrowana w
ukryciu Eucharystia dla nich wszystkich były siłą, która dodawała otuchy i
broniła przed załamaniem. Jeden z holenderskich karmelitów mieszkających w tym
samym baraku nr 28, wspomina: „Często, gdzieś w polu lub w baraku, polscy
księża i współbracia celebrowali Mszę św. Dwóch lub trzech z nich czuwało, a
wyglądało to tak, jakby wszyscy zajęci byli swoją pracą, a tylko jeden z nich
pochylał się nad chlebem i winem, wymawiając słowa konsekracji. Nie było świec,
nic nie mogło rzucać najmniejszego cienia podejrzenia, kielich to szklanka lub
kubek, lecz Pan był obecny tak jak by to był piękny kościół czy też
najpiękniejsza katedra”.
Na początku
1945 roku wszyscy więźniowie z ogromna nadzieją oczekiwali na wyzwolenie obozu.
Dochodziły już bowiem do nich wieści, że front aliantów posuwa się szybko
naprzód niosąc upragnioną wolność. Zdawało się, że ocalenie jest już bliskie.
Nadzieje jednak zostały rozwiane przez epidemię tyfusu, która szybko
rozprzestrzeniła się w obozie.
Wróćmy do
relacji O. Alberta zawartej w jego książce „Duchowni w Dachau”. Pewnego dnia
ks. Teodor Korcz, ówczesny blokowy baraku nr 28 oznajmił zebranym wspólnie
księżom, że jest ogólne zezwolenie na podjęcie pracy w miejsce brakującego
personelu w blokach izolowanych i kto chce, może się zgłaszać. Zgłosiło się 32
księży. Raz podjętej decyzji również nie zmieniłem – pisze o. Albert. I tak
uformowała się grupa księży – ochotników gotowych na przekroczenie progu owych
nieszczęsnych bloków. Przydzielono nas do pracy po dwóch lub trzech do jednego
bloku. Od tej chwili spotykaliśmy się tylko raz na dzień, wieczorem, idąc do
łaźni. Zakazano nam surowo chodzić główna drogą. Chodziliśmy tylnymi
przejściami poza blokami, by nie przenieść epidemii do reszty obozu, gdzie
przecież przebywali czasami esesmani. Niemcy bali się przeniesienia epidemii
tyfusu do wojska. Nie sposób nam było uchronić się od plagi wszy, które setkami
żerowały na chorych. Jak wiadomo, tyfus przenoszony przez wszy groził ogólna
epidemią i dlatego nie wolno nam było kontaktować się z innymi więźniami, i to
pod karą śmierci. Byliśmy więc wszyscy skazani na zarażenie się, a tym samym na
śmierć. Zamknięto za nami bramę wiodącą na główną arterię i zakazano też pod
karą śmierci kontaktować się z nami. Po
kilku dniach od wejścia pierwszej grupy księży do izolowanych bloków dołączył
do nas również O. Hilary Januszewski. Apostołował 21 dni. Zakażony przeżył
jeszcze kilka dni w nieopisanych męczerniach, po czym został powołany do chwały
Chrystusowej kończąc swoje młode, niespełna 38 – letnie, pełne nadziei życie
dnia 25 marca 1945 roku.
O. Albert
Urbański tak wspominał ostatnie jego chwile:
„Było to w samą uroczystość
Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie. Akurat powróciła mi przytomność
po dwutygodniowym stanie nieprzytomności w wysokiej gorączce tyfusu
plamistego. Dowiedziałem się, że o. Hilary
leży nieprzytomny w jednym z sąsiednich bloków.
Czołgając się przy ścianie bloku z wielkim trudem dotarłem
do jego łóżka.
'Przeor!… '
'Ojcze przeorze' —
wołam do niego coraz głośniej.
Ale on już
ani się nie poruszył, ani nawet powiek nie otworzył.
Oddychał tylko powoli i z trudem. Leżący obok niego
ludzie z trudem poinformowali mnie, że ten człowiek, do którego zwracam się
dziwnym wezwaniem 'przeor' już od pięciu dni leży nieprzytomny.
Czerwona
kreska wykresu gorączki od kilku dni przekraczała 40 stopni.
Na drugi dzień
już o. Hilarego tam nie spotkałem”.
Wcześniej 23
lutego zmarł również ks. Stefan Frelichowski, inicjator tej akcji, przeżywszy
zaledwie 32 lata. Z grupy 32 kapłanów ocalała jedynie nieliczna garstka.
O. Albert
Urbański razem z innymi kapłanami spowiadał i rozgrzeszał konających, karmił
ich dusze cząstką konsekrowanej Hostii, budził nadzieję Nieba - mówił o Domu
Ojca, w którym Chrystus przygotował dla nich wieczne mieszkanie.
W swojej
książce Duchowni w Dachau, o. Albert wspomina: „Po udzieleniu
ostatniej przysługi konającemu przechodziłem wsparty na kolanach i na
dłoniach do następnego. Zatrzymywałem się pięć, dziesięć minut i posuwałem
się dalej. Po osiemnastu dniach na owym 30 bloku zapadłem na tyfus plamisty.
Było to w końcu lutego 1945 roku. Przetrzymałem przeszło dwa tygodnie
gorączki do 40. stopni. Jakiś lekarz Francuz dawał mi w ciągu tych dwóch
tygodni pięć razy zastrzyki na wzmocnienie serca. Po przetrzymaniu tyfusu
i komplikacji, byłem słaby jak kilkumiesięczne dziecko. Na szczęście
Amerykanie dość wcześnie przyszli, by mi gasnące życie na nowo rozbudzić
i organizm do sił dawnych przywrócić. Niczego nie żałowałem. Najważniejsza
rzecz, że konającym podałem Chrystusa. Jezus Eucharystyczny docierał do tych
konających szkieletów, do cuchnących i opuszczonych teraz tutaj przez cały
świat niewolników i czynił ich wolnymi: wolnymi wolnością, której już
więcej nigdy żadna wroga przemoc ludzka ni diabelska nie zakłóci. I to
wszystko w miejscu wszechwładnego i absolutnego panowania pogańskich
hitlerowców.
Jego zbliżanie
się do tych ludzi w takich warunkach, budziło w sercu najgłębsze
uczucia podziwu dla Jego tak przeogromnej, tak oczywistej, tak skutecznej
miłości. Widok ten, jak Chrystus Utajony pod postacią chleba, wyjmowany ręką
kapłana z lichego pudełeczka zstępował do duszy zewnętrznie tak
bezgranicznie upodlonego i opuszczonego człowieka, utwierdzał przekonanie,
że jest On prawdziwie Wszechmocny, że rzeczywiście, umiłowawszy swoich, do
końca ich umiłował, a słowo Jego „pragnę” wypowiedziane na krzyżu, przynagliło
tego kapłana, by z niechybnym narażeniem swego życia bez żadnej korzyści
doczesnej, niósł Jezusa tym duszom nieśmiertelnym, które On Krwią swoją
Przenajświętszą odkupił”.
Drodzy Moi! Poruszeni
jesteśmy tym świadectwem polskich kapłanów, pasterzy według Bożego Serca, gotowych
oddać życie za braci.
Papież Leon
XIV w Orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Modlitw o Powołania pisze:
„W Ewangelii
Janowej Jezus nazywa siebie dosłownie „pięknym pasterzem” (ὁ ποιμὴν ὁ καλός) (
J 10, 11). Wyrażenie to oznacza pasterza doskonałego, autentycznego, godnego
naśladowania, ponieważ jest gotów oddać życie za swoje owce, ukazując w ten
sposób miłość Boga. Jest to Pasterz, który fascynuje: kto na Niego patrzy,
odkrywa, że życie jest naprawdę piękne, jeśli się za Nim podąża”.
Św. Jan Vianey, Proboszcz z Ars, powiedział, że „kapłaństwo to miłość Serca Jezusowego”.
O. Albert stał
się wiernym świadkiem tej Miłości, która z krzyża pochyliła się nad słabym
człowiekiem, aby objąć go swoimi ramionami, opatrzyć jego rany i otworzyć mu
bramy Nieba.
Wpatrzony był
nieustannie w przykład Boskiego Mistrza, "Pasterza i Stróża dusz naszych".
Ks. Biskup
Franciszek Korszyński w swojej książce „Jasne promienie w Dachau” napisał o
Ojcu Albercie, że „modlitwą i przykładem męstwa podtrzymywał współwięźniów na
duchu”.
Papież Franciszek uczy: ”Kiedy wielkoduszne oddanie innym
staje się stylem naszego działania, robimy miejsce dla Serca Chrystusa i
zostajemy przez nie ogrzani, a tym samym przyczyniamy się do nadejścia
królestwa Bożego”.
Ks. Arcybiskup
Zygmunt Zimowski, w liście skierowanym do chorych, pisał: „(…) cała wspólnota
chrześcijańska jest wezwana, by na nowo odkryć piękno powołania kapłańskiego i
by modlić się za kapłanów. Kapłan przy łożu boleści chorego reprezentuje
samego Chrystusa, Boskiego Lekarza, któremu nie jest obojętny los człowieka
cierpiącego. (…) W osobie kapłana jest obecny przy chorym sam Chrystus, który
przebacza, uzdrawia, pociesza, bierze za rękę i mówi: „Ja jestem
zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie.
Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11, 25)”.
W podobnym tonie wypowiada się bł. Ks. Michał
Sopoćko: „Przez kapłaństwo Chrystus Pan jest nadal wśród nas fizycznie
obecny i obdarza nas miłosierdziem, jak za swego życia ziemskiego”.
Takim wiernym sługą i naśladowcą Jezusa
Dobrego Pasterza stał się ojciec Albert Urbański. Używając określenia
zaczerpniętego od papieża Franciszka można powiedzieć, że „pachniał owcami”.
Pełen miłości i oddania był zawsze blisko tych, których Bóg powierzył jego
pasterskiej trosce.
29 kwietnia 1945 roku po oswobodzeniu obozu w
Dachau został wraz z innymi przewieziony do zorganizowanego przez Amerykanów
”Ośrodka Polskiego” w mieście Ingolstadt, w którym przebywał od 6 czerwca do 19
sierpnia 1945 roku. W ośrodku tym znajdowało się około 2000 Polaków. Dnia 20
czerwca 1945 roku O. Albert otrzymał jurysdykcję duchowną na Ingolstadt. W
swoich wspomnieniach napisał: „Jakkolwiek serca księży wyrywają się do Ojczyzny
– do swoich – to jednak obowiązek kapłański nie pozwala im na to, by opuścić wiernych,
którzy w tak wielkiej liczbie nie mogliby ani uczestniczyć we Mszy św., ani
przystępować dowolnie do sakramentów świętych. Dlatego kapłani wyzwoleni już
przed 6 miesiącami z tyranii hitlerowców, zobowiązani się czują nadal
pozostawać na obczyźnie, z dala od ukochanej, wymarzonej i utęsknionej
Ojczyzny”. O. Albert przez pięć lat odbywał swoją bolesną
drogę krzyżową, ze stacjami w Montelupich, Oświęcimiu i Dachau, by wreszcie,
dnia 30 sierpnia 1945 roku, powrócić do swoich zakonnych współbraci w Krakowie.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJo. Piotr
Męczyński OCarm.
Obory – 29 kwietnia A. D. 2026
|