28.04.2026
O. Albert Zenon Urbański O.Carm. (1911-1985) – Pasterz według Bożego Serca (część pierwsza)


Drodzy w Chrystusie Panu, bracia i siostry, zgromadzeni w Oborskim Wieczerniku!

W moim brewiarzu kapłańskim noszę stary obrazek ze srebrnego jubileuszu kapłaństwa o. Alberta Urbańskiego (1911 – 1985), karmelity, urodzonego w niedalekim Frankowie k. Zbójna (ok. 10 km od Obór). Jego powołanie zrodziło i rozwijało się tutaj pod czułym spojrzeniem Matki Bożej Oborskiej do której przychodził od dziecka.

Wspomniany przez mnie obrazek z 25 – lecia kapłaństwa o. Alberta przedstawia Jezusa Dobrego Pasterza, który z małą owieczką niesioną troskliwie na ręku otwiera bramę i wprowadza do bezpiecznej zagrody stado owiec podążające za Nim. 

Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem i znam moje owce. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Chrystus do dzisiaj swoim przykładem inspiruje pasterzy Kościoła, aby z oddaniem paśli powierzoną im przez Boga trzodę.

Do grona tych wiernych i gorliwych kapłanów ukształtowanych według Bożego Serca należał ojciec Albert Zenon Urbański O.Carm.

Urodził się 20 grudnia 1911 roku we Frankowie k. Zbójna, niedaleko karmelitańskiego sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach jako najmłodszy spośród czworga rodzeństwa. W 1924 roku ukończył Publiczną szkołę Powszechną w Zbójnie koło Rypina. 10 lutego 1929 roku w wieku 18 lat wstąpił do Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel we Lwowie. Przyjął imię Albert. O przyczynach swojej decyzji, młody zakonnik, napisał: „Najważniejszą przyczyną jest to, że mieszkałem na wsi w pobliżu klasztoru OO. Karmelitów Trzewiczkowych (…) Następnie gdy starszy mój brat do tegoż Zakonu został przyjęty, moje pragnienie służenia Bogu i Matce Najświętszej  w stanie duchownym spotęgowało się i ta drogą tj. przez tegoż brata uzyskałem nareszcie przyjęcie do Zakonu Karmelitów. Dopiero tutaj dowiedziałem się o istnieniu innych Zakonów. Z pomiędzy bliżej poznanych Zakonów, najbardziej kocham Zakon Matki Bożej z Góry Karmel, z powodu szczególniejszego Jej kultu w tym Zakonie. Jest naprawdę niebywałe szczęście na ziemi, być pod taka szczególną opieką Tej Matki Miłosierdzia. Za największe szczęście na ziemi uważam dla siebie to, abym mógł w tym Zakonie wytrwać do śmierci i wypełnić to czego ten Zakon się domaga ode mnie”.

W 1931 roku młody br. Albert ukończył Państwowe Gimnazjum we Lwowie, w roku 1932 złożył pierwsze śluby zakonne. Trzy lata później złożył profesję wieczystą. W latach 1935–1939 ojciec Albert studiował teologię w Międzynarodowym kolegium karmelitańskim św. Alberta w Rzymie.

Dnia 10 lipca 1938 roku o. Albert otrzymał w Rzymie święcenia kapłańskie. Rok później, 12 lipca 1939 roku opuścił Rzym i udał się w drogę powrotną do Krakowa. Stąd pojechał na swoje prymicje do Działynia. 15 sierpnia odwiedził Obory, a następnie Skępe. 30 sierpnia około południa rozpoczęto wywieszać plakaty o zarządzonej mobilizacji. Natychmiast wrócił do Obór, gdzie w urzędzie gminnym kazano mu wracać do miejsca zamieszkania. 31 sierpnia w nocy wyjechał pociągiem do Krakowa. Do klasztoru dotarł 1 września w nocy o godz. 1.30.

W swoich wspomnieniach tak pisze o tym dniu: „Znużony po odprawieniu Mszy św. ułożyłem się do snu, a tu za chwilę syrena: alarm przeciwlotniczy. Zrywam się: co jest? – Powiadamiają mnie, że dziś miała odbyć się próba nalotów i kazano iść spać. Ale po krótkiej chwili znów aeroplany, bomby i okropna panika w mieście. Nie próba lecz rzeczywisty nalot nieprzyjaciela. Rwetes… do piwnicy, itd. … Był to piątek 1 września 1939, pierwszy dzień niewypowiedzianej jeszcze wojny, której skutki któż zdoła opisać”.

Dnia 18 września 1940 roku O. Albert razem z innym współbraćmi z krakowskiego klasztoru został wezwany przez gestapo na ul. Pomorską, tu aresztowany pod zarzutem śpiewania pieśni „Serdeczna Matko”, budzącej nastroje patriotyczne i przewieziony razem z innymi do więzienia Montelupich w Krakowie.

W trzecim dniu wojny, 3 września 1939 roku, o. Albert powiedział w kazaniu w kościele, iż Hitler musi przegrać wojnę, ponieważ porwał się na Boga. W rok później hitlerowski sługa w Krakowie, gestapowiec Siebert, powiedział mu, że aż cały rok czasu miał do rozważenia tego pewnika, że Polski nie ma i być nie może, a jeszcze tego nie pojął. Dlatego zamknął go na Montelupich. Dnia 29 listopada 1940 roku został przewieziony z więzienia Montelupich do obozu zagłady w Oświęcimiu, w którym przebywał do 10 grudnia 1940 roku.

W swojej książce „Duchowni w Dachau” (z 1945 r.) o. Albert napisał: „… nie mogłem sobie wyraźnie zdać sprawy, czy istotnie znajduję się jeszcze wśród żyjących, czy też porwany zostałem wprost do piekła! Na samym wstępie uderzył mnie jaskrawy paradoks: Oto w drodze do Oświęcimia z krakowskiego Montelupich, poganin hitlerowski uderzył mnie kilka razy za zdejmowanie kapelusza przed wizerunkiem Ukrzyżowanego: a tu trzeba było stale zdejmować czapkę przed wszystkimi hitlerowcami! Tryb życia obozowego zasługiwał w całej pełni na miano „Piekła hitlerowskiego”. … Już w drugim tygodniu pobytu w Oświęcimiu liczyłem sobie najwyżej jeszcze kilka lub kilkanaście dni życia. Sadziłem, że niedługo już i mnie przewiozą na taczkach x miejsca pracy na apel wieczorny, a potem odniosą do krematorium”.

8 grudnia 1940 roku, w samą uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, przyszła definitywna wiadomość, że wszyscy księża wyjadą do obozu w Dachau. Dnia 10 grudnia 1940 roku transport z Oświęcimia w liczbie 69 duchownych, w tym jeden świecki, załadowano do jednego wagonu bydlęcego, zabito drzwi i okna, i w takiej nieopisanej mitrędze dowieziono ich do Wiednia. T w więzieniu czekali kilka godzin na połączenie do Monachium. Dnia 12 grudnia 1940 roku zostali przywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau, dokąd przywieziono również księży z obozów: Gusen, Buchenwaldu i Sachsenhausen.

Obóz ten stał się prawdziwą „Golgotą polskiego duchowieństwa”. Niemcy więzili w KL Dachau łącznie 2794 zakonników, diakonów, księży i biskupów katolickich. Większość, bo aż 1773 duchownych, pochodziło z Polski. Połowa z nich, dokładnie 868, zostało zamęczonych w obozie przez niemieckich hitlerowców.

„W grudniu 1944 roku w obozie dachaowskim wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Zamykano blok za blokiem. Izolowane bloki mieszczące około 1000 niewolników każdy, skazane były na zagładę. Księża patrząc codziennie na wynoszone z izb przyległego do ich bloku trupy, świadomi swej bezsilności w niesieniu pomocy materialnej, przede wszystkim jednak troszczyli się o stan dusz nieśmiertelnych. Dlatego tez kilku księży zgłosiło się dobrowolnie pójść na te bloki objęte tyfusem i biegunką, zdając sobie sprawę, że wchodząc za bramę kwarantanny żegnają się z tym światem”.

O. Albert wspomina: „Z końcem stycznia 1945 r. odizolowano blok 30, który odgradzała od naszego bloku nr 28 uliczka szeroka około 9 metrów. Dostać się do chorych było niemożliwością. Kapłani mogli jedynie patrzeć z okien swojego bloku na smutne żniwo epidemii: codziennie rano specjalne komando wynosiło z baraków zmarłych. W jednym tylko baraku umierało dziennie od 40 do 70 osób”. Był wśród nas kapłanów ks. Stefan Wincenty Frelichowski (beatyfikowany przez pap. Św. Jana Pawła II w Toruniu 7 czerwca 1999 r.). Pochodził z diecezji chełmińskiej. Któregoś dnia, gdy zwłoki ponad 200 zmarłych wywożono do krematorium, ks. Stefan zwrócił się do mnie: - „I pomyśleć, że tylu ich umiera bez pociechy kapłana, chociaż jest tu nas jeszcze kilkuset księży”. Była to chwila, w której jak gdyby zdecydowanie dojrzała w nim myśl, że trzeba się koniecznie poświęcić dla tych, którzy w takim poniżeniu i osamotnieniu  czekają na śmierć. Z przejęciem mówił dalej: musimy za wszelka cenę dostać się na bloki izolowane i zdobyć do nich urzędowy przydział. Zgłosimy się jako personel blokowy w miejsce tych, którzy zmarli, a zmarli wszyscy: pisarze, blokowi, izbowi. Tam nie ma nawet kto rozdzielać zupy, nikt nie prowadzi żadnej ewidencji, jaka ilość jest jeszcze przy życiu… Chcąc spowiadać chorych jeden nie podoła zadaniu… Było rzeczą jasną, że czekał na naszą odpowiedź”.

Teresa Kulczyńska w pośmiertnym wspomnieniu o O. Albercie napisała: „Wówczas, jak mi to opowiadał O. Albert, zwrócił się do niego ks. Stefan Frelichowski, z propozycją, aby z nim razem zgłosili się do obsługi chorych na tyfus. O. Albert z cechującą go prostotą opowiadał mi, że się bał. „A jak i my się zarazimy?” Na co odpowiedział ks. Frelichowski: „Cóż znaczy nasze życie, gdy tam dusze giną”. Sam zaś o. Albert wspomina: „Zapytał mnie wprost, czy się zgłaszam do tej akcji. Decyzja nie była łatwa, byliśmy przecież młodzi, a wyzwolenie – po czterech i pół latach udręki – prawie blisko… Przejście na bloki izolowane oznaczało niechybne zarażenie się i groziło śmiercią. Powiedziałem, że dam odpowiedź jutro. Nazajutrz, kiedy ks. Stefan ponowił swoje pytanie, odrzekłem, że zdecydowałem się pójść, ale muszę uzyskać na to zgodę mojego przeora. Zaraz też udaliśmy się do niego. Po przedstawieniu sprawy przeorowi , o. Pawłowi Hilaremu Januszewskiemu, usłyszeliśmy odpowiedź odmowną: „Nie , nie zgadzam się! Jest tu przecież tylu z innych zakonów, nas karmelitów pozostało tak niewielu… Nie, nie możesz iść, ty musisz wrócić do Krakowa”. Nie próbowałem go przekonywać o słuszności mojej decyzji. Ks. Frelichowski pozostał z ojcem przeorem i dzięki swoim argumentom nakłonił go do zmiany postanowienia. W krótkim czasie po ich rozmowie O. Hilary powiedział do mnie: „Jeśli chcesz to idź”… 

O. Hilary, jako przeor, czyli przełożony o. Alberta, także w tych dramatycznych warunkach obozowych był świadom swojej odpowiedzialności przed Bogiem za życie powierzonych jego ojcowskiej trosce współbraci związanych z nim wieczystym ślubem posłuszeństwa, w którym Bóg objawia swoją świętą wolę pełną miłości. Już wcześniej – w Krakowie - o. Hilary jako przeor klasztoru dał wielkie świadectwo swojej wielkiej miłości i poczucia odpowiedzialności za powierzonych jego trosce współbraci.

Szczególnie uwidoczniło się to 4 grudnia 1940 roku, gdy żołnierze niemieccy przyszli aresztować zakonników za to, że pomimo zakazu w kościele śpiewana była pieśń „Serdeczna Matko”. O. Hilary nie został wówczas aresztowany, ponieważ w tym czasie przebywał poza klasztorem. Po powrocie od razu czynił starania by uwolnić współbraci. Mimo ostrzeżeń udał się na Gestapo, twierdząc, że to on jest przeorem klasztoru i to on odpowiada za wszystkich. W wyniku jego starań uwolniono o. Jana Konobę, który był chory i słaby. A stało się to po tym jak O. Hilary powiedział do gestapowców: „Weźcie mnie, a jego wypuśćcie”. O. Jan wrócił do klasztoru, a O. Hilary pozostał w więzieniu na Montelupich. To było wielkie świadectwo jego miłości i odpowiedzialności za współbraci. Tam w więzieniu Gestapo przy ul. Montelupich rozpoczęła się osobista droga krzyżowa o. Januszewskiego.

Wiosną 1941 roku został przewieziony do Konzentrationslager Sachsenhausen, a stamtąd od obozu koncentracyjnego w Dachau, położonego około 15 km od Monachium. Skierowano go do bloku 28, gdzie uwięzionych było innych stu polskich duchownych. Tutaj odnalazł swoich współbraci, za którymi, w grudniu 1940 roku, wstawiał się na Gestapo w Krakowie, m.in. o. Alberta. O. Hilary był ceniony przez współwięźniów za dobroć, uczynność i poświęcenie. Nikomu nie odmówił pomocy i czynił to z wielką skromnością i prostotą. Potrafił podzielić się z głodnym współwięźniem ostatnim kawałeczkiem chleba. Nigdy nie narzekał. Posiadał cnotę wiary w Opatrzność i lepsze jutro oraz pewność, że nic nie dzieje się bez woli Bożej. Ta cnota sprawiała, że otaczało go wiele osób potrzebujących pocieszenia i wsparcia, które im dawał, podnosząc na duchu i świadomie szerząc optymizm, szczególnie w chwilach beznadziejnej rozpaczy. Dzięki moralnemu wsparciu O. Hilarego wielu więźniów przeżyło ten okrutny czas upodlenia człowieka i jego godności. Zawsze opanowany, cieszył się wielkim szacunkiem wśród współwięźniów, dla których był również przykładem życia modlitewnego. Każdego wieczoru po obozowym apelu karmelici spotykali się razem na chwilę wspólnej modlitwy, polecając się opiece Maryi słowami hymnu „Salve Regina”. Musieli być bardzo ostrożni, ponieważ takie spotkania były zabronione i można było za nie zostać ciężko ukaranym. Ta chwila modlitwy oraz celebrowana w ukryciu Eucharystia dla nich wszystkich były siłą, która dodawała otuchy i broniła przed załamaniem. Jeden z holenderskich karmelitów mieszkających w tym samym baraku nr 28, wspomina: „Często, gdzieś w polu lub w baraku, polscy księża i współbracia celebrowali Mszę św. Dwóch lub trzech z nich czuwało, a wyglądało to tak, jakby wszyscy zajęci byli swoją pracą, a tylko jeden z nich pochylał się nad chlebem i winem, wymawiając słowa konsekracji. Nie było świec, nic nie mogło rzucać najmniejszego cienia podejrzenia, kielich to szklanka lub kubek, lecz Pan był obecny tak jak by to był piękny kościół czy też najpiękniejsza katedra”.

Na początku 1945 roku wszyscy więźniowie z ogromna nadzieją oczekiwali na wyzwolenie obozu. Dochodziły już bowiem do nich wieści, że front aliantów posuwa się szybko naprzód niosąc upragnioną wolność. Zdawało się, że ocalenie jest już bliskie. Nadzieje jednak zostały rozwiane przez epidemię tyfusu, która szybko rozprzestrzeniła się w obozie.

Wróćmy do relacji O. Alberta zawartej w jego książce „Duchowni w Dachau”. Pewnego dnia ks. Teodor Korcz, ówczesny blokowy baraku nr 28 oznajmił zebranym wspólnie księżom, że jest ogólne zezwolenie na podjęcie pracy w miejsce brakującego personelu w blokach izolowanych i kto chce, może się zgłaszać. Zgłosiło się 32 księży. Raz podjętej decyzji również nie zmieniłem – pisze o. Albert. I tak uformowała się grupa księży – ochotników gotowych na przekroczenie progu owych nieszczęsnych bloków. Przydzielono nas do pracy po dwóch lub trzech do jednego bloku. Od tej chwili spotykaliśmy się tylko raz na dzień, wieczorem, idąc do łaźni. Zakazano nam surowo chodzić główna drogą. Chodziliśmy tylnymi przejściami poza blokami, by nie przenieść epidemii do reszty obozu, gdzie przecież przebywali czasami esesmani. Niemcy bali się przeniesienia epidemii tyfusu do wojska. Nie sposób nam było uchronić się od plagi wszy, które setkami żerowały na chorych. Jak wiadomo, tyfus przenoszony przez wszy groził ogólna epidemią i dlatego nie wolno nam było kontaktować się z innymi więźniami, i to pod karą śmierci. Byliśmy więc wszyscy skazani na zarażenie się, a tym samym na śmierć. Zamknięto za nami bramę wiodącą na główną arterię i zakazano też pod karą śmierci kontaktować się z  nami. Po kilku dniach od wejścia pierwszej grupy księży do izolowanych bloków dołączył do nas również O. Hilary Januszewski. Apostołował 21 dni. Zakażony przeżył jeszcze kilka dni w nieopisanych męczerniach, po czym został powołany do chwały Chrystusowej kończąc swoje młode, niespełna 38 – letnie, pełne nadziei życie dnia 25 marca 1945 roku.

O. Albert Urbański tak wspominał ostatnie jego chwile:

„Było to w samą uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie. Akurat powróciła mi przytomność po dwutygodniowym stanie nieprzytomności w wysokiej gorączce tyfusu plamistego. Dowiedziałem się, że o. Hilary leży nieprzytomny w jednym z sąsiednich bloków. Czołgając się przy ścianie bloku z wielkim trudem dotarłem do jego łóżka.

'Przeor!… '

'Ojcze przeorze' — wołam do niego coraz głośniej.

Ale on już ani się nie poruszył, ani nawet powiek nie otworzył. Oddychał tylko powoli i z trudem. Leżący obok niego ludzie z trudem poinformowali mnie, że ten człowiek, do którego zwracam się dziwnym wezwaniem 'przeor' już od pięciu dni leży nieprzytomny.

Czerwona kreska wykresu gorączki od kilku dni przekraczała 40 stopni.

Na drugi dzień już o. Hilarego tam nie spotkałem”.

Wcześniej 23 lutego zmarł również ks. Stefan Frelichowski, inicjator tej akcji, przeżywszy zaledwie 32 lata. Z grupy 32 kapłanów ocalała jedynie nieliczna garstka.

O. Albert Urbański razem z innymi kapłanami spowiadał i rozgrzeszał konających, karmił ich dusze cząstką konsekrowanej Hostii, budził nadzieję Nieba - mówił o Domu Ojca, w którym Chrystus przygotował dla nich wieczne mieszkanie.

W swojej książce Duchowni w Dachau, o. Albert wspomina: „Po udzieleniu ostatniej przysługi konającemu przechodziłem wsparty na kolanach i na dłoniach do następnego. Zatrzymywałem się pięć, dziesięć minut i posuwałem się dalej. Po osiemnastu dniach na owym 30 bloku zapadłem na tyfus plamisty. Było to w końcu lutego 1945 roku. Przetrzymałem przeszło dwa tygodnie gorączki do 40. stopni. Jakiś lekarz Francuz dawał mi w ciągu tych dwóch tygodni pięć razy zastrzyki na wzmocnienie serca. Po przetrzymaniu tyfusu i komplikacji, byłem słaby jak kilkumiesięczne dziecko. Na szczęście Amerykanie dość wcześnie przyszli, by mi gasnące życie na nowo rozbudzić i organizm do sił dawnych przywrócić. Niczego nie żałowałem. Najważniejsza rzecz, że konającym podałem Chrystusa. Jezus Eucharystyczny docierał do tych konających szkieletów, do cuchnących i opuszczonych teraz tutaj przez cały świat niewolników i czynił ich wolnymi: wolnymi wolnością, której już więcej nigdy żadna wroga przemoc ludzka ni diabelska nie zakłóci. I to wszystko w miejscu wszechwładnego i absolutnego panowania pogańskich hitlerowców.

Jego zbliżanie się do tych ludzi w takich warunkach, budziło w sercu najgłębsze uczucia podziwu dla Jego tak przeogromnej, tak oczywistej, tak skutecznej miłości. Widok ten, jak Chrystus Utajony pod postacią chleba, wyjmowany ręką kapłana z lichego pudełeczka zstępował do duszy zewnętrznie tak bezgranicznie upodlonego i opuszczonego człowieka, utwierdzał przekonanie, że jest On prawdziwie Wszechmocny, że rzeczywiście, umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował, a słowo Jego „pragnę” wypowiedziane na krzyżu, przynagliło tego kapłana, by z niechybnym narażeniem swego życia bez żadnej korzyści doczesnej, niósł Jezusa tym duszom nieśmiertelnym, które On Krwią swoją Przenajświętszą odkupił”.

Drodzy Moi! Poruszeni jesteśmy tym świadectwem polskich kapłanów, pasterzy według Bożego Serca, gotowych oddać życie za braci.

Papież Leon XIV w Orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Modlitw o Powołania pisze:

„W Ewangelii Janowej Jezus nazywa siebie dosłownie „pięknym pasterzem” (ὁ ποιμὴν ὁ καλός) ( J 10, 11). Wyrażenie to oznacza pasterza doskonałego, autentycznego, godnego naśladowania, ponieważ jest gotów oddać życie za swoje owce, ukazując w ten sposób miłość Boga. Jest to Pasterz, który fascynuje: kto na Niego patrzy, odkrywa, że życie jest naprawdę piękne, jeśli się za Nim podąża”.

Św. Jan Vianey, Proboszcz z Ars, powiedział, że „kapłaństwo to miłość Serca Jezusowego.

O. Albert stał się wiernym świadkiem tej Miłości, która z krzyża pochyliła się nad słabym człowiekiem, aby objąć go swoimi ramionami, opatrzyć jego rany i otworzyć mu bramy Nieba.

Wpatrzony był nieustannie w przykład Boskiego Mistrza, "Pasterza i Stróża dusz naszych".

Ks. Biskup Franciszek Korszyński w swojej książce „Jasne promienie w Dachau” napisał o Ojcu Albercie, że „modlitwą i przykładem męstwa podtrzymywał współwięźniów na duchu”.

Papież Franciszek uczy: ”Kiedy wielkoduszne oddanie innym staje się stylem naszego działania, robimy miejsce dla Serca Chrystusa i zostajemy przez nie ogrzani, a tym samym przyczyniamy się do nadejścia królestwa Bożego”.

Ks. Arcybiskup Zygmunt Zimowski, w liście skierowanym do chorych, pisał: „(…) cała wspólnota chrześcijańska jest wezwana, by na nowo odkryć piękno powołania kapłańskiego i by modlić się za kapłanów. Kapłan przy łożu boleści chorego reprezentuje samego Chrystusa, Boskiego Lekarza, któremu nie jest obojętny los człowieka cierpiącego. (…) W osobie kapłana jest obecny przy chorym sam Chrystus, który przebacza, uzdrawia, pociesza, bierze za rękę i mówi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11, 25)”.

W podobnym tonie wypowiada się bł. Ks. Michał Sopoćko: „Przez kapłaństwo Chrystus Pan jest nadal wśród nas fizycznie obecny i obdarza nas miłosierdziem, jak za swego życia ziemskiego”.

Takim wiernym sługą i naśladowcą Jezusa Dobrego Pasterza stał się ojciec Albert Urbański. Używając określenia zaczerpniętego od papieża Franciszka można powiedzieć, że „pachniał owcami”. Pełen miłości i oddania był zawsze blisko tych, których Bóg powierzył jego pasterskiej trosce.

29 kwietnia 1945 roku po oswobodzeniu obozu w Dachau został wraz z innymi przewieziony do zorganizowanego przez Amerykanów ”Ośrodka Polskiego” w mieście Ingolstadt, w którym przebywał od 6 czerwca do 19 sierpnia 1945 roku. W ośrodku tym znajdowało się około 2000 Polaków. Dnia 20 czerwca 1945 roku O. Albert otrzymał jurysdykcję duchowną na Ingolstadt. W swoich wspomnieniach napisał: „Jakkolwiek serca księży wyrywają się do Ojczyzny – do swoich – to jednak obowiązek kapłański nie pozwala im na to, by opuścić wiernych, którzy w tak wielkiej liczbie nie mogliby ani uczestniczyć we Mszy św., ani przystępować dowolnie do sakramentów świętych. Dlatego kapłani wyzwoleni już przed 6 miesiącami z tyranii hitlerowców, zobowiązani się czują nadal pozostawać na obczyźnie, z dala od ukochanej, wymarzonej i utęsknionej Ojczyzny”.

O. Albert przez pięć lat odbywał swoją bolesną drogę krzyżową, ze stacjami w Montelupich, Oświęcimiu i Dachau, by wreszcie, dnia 30 sierpnia 1945 roku, powrócić do swoich zakonnych współbraci w Krakowie.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

o. Piotr Męczyński OCarm.

Obory – 29 kwietnia A. D. 2026


« Wszystkie wiadomości   « powrót  

 



  Klasztor karmelitów z XVII w. oraz Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach położone są 20 km od Golubia-Dobrzynia w diecezji płockiej. Jest to miejsce naznaczone szczególną obecnością Maryi w znaku łaskami słynącej figury Matki Bożej Bolesnej. zobacz więcej »


  Sobotnie Wieczerniki mają charakter spotkań modlitewno- ewangelizacyjnych. Gromadzą pielgrzymów u stóp MB Bolesnej. zobacz więcej »
 
     
 
  ©2006 Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej

  Obory 38; 87-645 Zbójno k. Rypina; tel. (0-54) 280 11 59; tel./fax (0-54) 260 62 10;
  oprzeor@obory.com.pl

  Opiekun Pielgrzymów: O. Piotr Męczyński; tel. (0-54) 280 11 59 w. 33; (0-606) 989 710;
  opiotr@obory.com.pl

 
KEbeth Studio