Drogie
Siostry, Drodzy Bracia!
Kobieta, która
nas dzisiaj gromadzi jest niezwykle tajemnicza. To prawda, że znamy Ją,
wydaje nam się, że jest nam bliska. Od dziecka rozpoznajemy Jej oblicze i
odróżniamy wyjątkowość Tej jednej Pani pomiędzy innymi. Całujemy Jej obrazy,
pielgrzymujemy do Jej sanktuariów – tak jak tu w Oborach – śpiewamy
pieśni ku Jej czci, rozważamy tajemnice różańca, odmawiamy litanię, w której
czcimy Ją wieloma pięknymi tytułami. Na co dzień jednak raczej nie
zastanawiamy się szczególnie nad Jej osobą. Jest dla nas codzienna, a przez to
bliska, zwyczajna, a więc nasza, moja i twoja. Jak Mama, ona jest, w sposób
jakiś oczywisty. Kiedy jednak wpatrujemy się w Jej twarz dłużej, z pewną
niecodzienną ciekawością, musi nas przejmować ten wyjątkowy rodzaj powagi i
dostojeństwa. Choć Maryja nigdy nie przytłacza nas sobą, nie koncentruje na
sobie, trudno przejść obok Jej oblicza nieporuszonym. Myślę, że wielu z nas
doświadczyło tego szczególnego poruszenia w trakcie niedawnych uroczystości
jubileuszowych, kiedy figura Maryi Bolesnej była wyjątkowo b l i s k o. Jednak,
przy głębszym zastanowieniu, trzeba nam przyznać, że Maryja jest rzeczywiście
pełna tajemnic. Tak tę prawdę wyraża św. Ludwik Grignon de Montfort:
„Bóg w dobroci
swojej zasłonił przed wzrokiem ludzkim Jej Poczęcie i Narodzenie,
tajemnice Jej życia, Jej Zmartwychwstanie i Wniebowzięcie. Nawet rodzice
nie znali Jej dobrze: aniołowie zaś często pytali siebie nawzajem: Quae est
ista? Kim jest Ta? Albowiem i przed nimi Ją ukrył Najwyższy; a jeśli
czasem odsłaniał im rąbek tajemnic, to jeszcze większe wspaniałości przed nimi
ukrywał. Bóg Ojciec zgodził się na to, by za życia nie zdziałała żadnego
mającego rozgłos cudu, choć dał Jej ku temu władzę. Bóg Syn zgodził się na to,
by nie wypowiadała się prawie wcale, choć Ją wzbogacił swoją mądrością. Bóg
Duch Święty – mimo że Maryja była Jego wierną Oblubienicą – Sprawił, iż
Apostołowie i Ewangeliści mówią o Niej bardzo mało, tyle tylko, ile było
konieczne, Ażeby świat poznał Jezusa Chrystusa” (Traktat, I, 3-4).
Pewnym kluczem
do odgadnięcia tożsamości osoby jest poznanie jej imienia. Nie wiem ilu z was
zna znaczenie swojego imienia, jednak w rozumieniu biblijnym to właśnie
imię i jego znaczenie stanowi skrót życia osoby, jej powołanie, tajemnice jej
relacji z Bogiem. O ile więc ważne musi być imię Maryi! W naszym polskim języku
podkreślamy to w sposób szczególny, rezerwując wyłącznie dla Niej tę
staropolską wersję „Maryja”, szczególnie dostojna Maria, Maryja.
Imię to, w
opinii większości biblistów tłumaczyć należy według pochodzenia egipskiego. To
w Księdze Liczb poznajemy pierwszą Marię, siostrę Mojżesza. Miriam moglibyśmy
przetłumaczyć wtedy jako „ukochana”, „napawająca radością”, „będąca upragnionym
dzieckiem”. Nie dziwi nas to, że podeszli w latach, jak poucza nas
tradycja Kościoła, Joachim i Anna, napełnieni niezwykłą radością z cudownego
poczęcia i narodzenia upragnionego dziecka, wykrzyczeli może to imię: „Miriam!
Upragniona, ukochana!”
Sięgając
jednak głębiej do języka egipskiego moglibyśmy powiedzieć nawet, że Meri-Yam
oznacza tyle, co „ukochana przez Boga Jahwe”. To w końcu Ona,
zapowiedziana już w raju, wyczekiwana, wybrana przez Boga, zachowana
od grzechu, cała piękna, cała czysta, cała Bogu oddana, wydała na świat
Bożego Syna. Tak w jednej ze swoich Mów wołał do Niej św. Augustyn:
„Kimże jesteś
Ty, która porodzisz? Skądże sobie na to zasłużyłaś? Skądże to wzięłaś? Skąd
staje się w Tobie Ten, który Cię uczynił? Skądże – mówię – masz dobro w sobie?
Jesteś dziewicą, jesteś święta, złożyłaś ślub: ogromne jest to, na co
zasłużyłaś, ale także ogromne to, co otrzymałaś. A skądże zasłużyłaś? […]
Odpowiedz, Aniele, skąd to Maryi? Ja to już powiedziałem, gdy wyrzekłem
pozdrowienie: Bądź pozdrowiona, łaski pełna” (Mowa 291,6).
Nie jest to
jednak jest jedyne możliwe wyjaśnienie znaczenia imienia Maryi. W języku Żydów,
w języku hebrajskim rdzeń „mar” znaczy tyle, co „gorzki”, „marar”
znaczyłoby „napełniony goryczą”. Jeżeli dodamy do niego człon „jam”,
znaczący tyle, co „morze”, „wody”, powstanie w ten sposób imię o znaczeniu
„gorzkie morze”, „morze goryczy”. Wracając do historii Mojżesza, łatwo
możemy zrozumieć, że to imię bardzo wymowne dla pierwszego dziecka narodzonego
w niewoli egipskiej. Jednak, szczególnie dziś, rozpoznajemy w tym
znaczeniu imienia także naszą Matkę Bolesną. Cierpienie i gorycz było częścią
życia Maryi.
Figura Matki
Bolesnej, wokół której dziś szczególnie się gromadzimy jest wyjątkowa. Chociaż
przedstawia jedną scenę, złożenie martwego ciała Jezusa w ramionach Matki,
zawiera w sobie jakby całość, całą historię boleści, „morze goryczy”. Wpatrując
się w pełne powagi oblicze Maryi wspominamy Jej spotkanie z Synem na drodze
krzyżowej, Jego bolesną mękę i śmierć, rozważamy bliskie już złożenie do grobu…
To jednak nie wszystko, co widzimy w Oborskiej Pieta corpusculum.
Chociaż Matka trzyma na swoim łonie dorosłego mężczyznę, widzimy, że postać
Jego jest nieproporcjonalnie mała, to ciało małego chłopca. Przypomina nam
to już ofiarowanie w świątyni, kiedy Jezus, jako niemowlę na ramionach Maryi,
został ogłoszony Izraelowi przez Symeona: „Oto ten przeznaczony jest na upadek
i na powstanie wielu; znak, któremu sprzeciwiać się będą…” Już wtedy Maryja
usłyszała zapowiedź: „Twoją duszę miecz przeniknie”. Patrząc na oborską figurę,
widzimy małego Jezusa, którego Maryja podtrzymuje na osiołku w czasie ucieczki
do Egiptu. Wreszcie, postać Syna, jakby dwunastoletniego, odsyła nas do
poszukiwania zaginionego Jezusa: „Synu, czemuś nam to uczynił? Z bólem serca
szukaliśmy Ciebie…”
Chociaż
Oborska Pani zastygła w jednej z najpiękniejszych scen męki Pańskiej, chyba
najbardziej nas poruszającej i poruszającej licznych artystów na przestrzeni
wieków, wiemy, że Syna nie ma już w Jej ramionach. Maryja nie trzyma już
Jezusa, On został złożony do grobu, zmartwychwstał, wstąpił do nieba i
zabrał Ją ze sobą tam, gdzie nie ma już „morza goryczy”. Tak też modli się
Kościół w to święto Matki Bożej Bolesnej w Jutrzni, w modlitwie porannej, w
najważniejszej antyfonie: Raduj się, Matko Bolesna, po wielkich cierpieniach
królujesz ze swoim Synem w niebieskiej chwale.
Pozostały
puste ręce Maryi. I może to właśnie tłumaczy naszą obecność tutaj, tak liczną –
czy przybywamy z bliska, czy z daleka – puste ręce Maryi i Jej pietá, Jej
litość, miłosierdzie, współczucie. Od testamentu z krzyża to miejsce dla
mnie i miejsce dla ciebie, bracie i siostro. Chyba dobrze o tym wiemy,
zwłaszcza ci, którzy noszą na sobie szkaplerz, jakby Jej ręce, zatroskane o
każdy nasz krok. „Oto syn Twój, oto córka Twoja” – „Oto Matka wasza”.
Jednak miłość
do tej Matki nie może ograniczać się tylko do uczuć, chociaż szczerych, nie
tylko do modlitw, pielgrzymek, kwiatów i śpiewów…
Tak jak każdy
z nas usłyszał w trakcie ceremonii przyjęcia szkaplerza świętego, sensem
nabożeństwa jest n a ś l a d o w a n i
e. Spójrz dziś, bracie i siostro, na swoje ręce. Czy są one tak właśnie
otwarte jak ręce Matki Bolesnej? Czy masz w sobie pietá, to
miłosierdzie, z którym mógłbyś wychodzić na spotkanie drugiego człowieka bez
uprzedzeń, bez wypominania tego, co było, może i złe, ale już było, już minęło.
Nie każdą sytuację w naszym życiu da się rozwiązać, nie ze wszystkim „da się
coś zrobić”, ale każdą sytuację można wziąć w ramiona z pietá, ze
współczuciem, wysłuchaniem, przyjęciem drugiego takim jakim jest, a nie takim,
jakim chcielibyśmy aby był. A jeśli nawet to jest za trudne, bo rzeczywiście
jest trudne, każdą osobę, każdą sytuację możemy przyjąć z pietá, z
litością w rękach wyciągniętych do modlitwy.
Tak, można z
piety uczynić drogę swojego życia… Byłoby to życie niezwykle piękne, niezwykle
płodne, owocne, bo Maryja i Jej dzieci nie rozkładają rąk z bezradności, pietá
to nie apatia, rezygnacja, rozpaczanie, beznadzieja. Pietá to
ramiona wyciągnięte po to, aby drugi był bliżej mojego serca, abym mu to serce
okazał.
Złóżmy więc
dzisiaj samych siebie w ramionach Maryi, Ona naprawdę czeka na nas z
wyciągniętymi rękami. Maryja, samym swoim imieniem przypomina ci, że ty też
jesteś „miriam – umiłowany, upragniony, ukochany przez Boga Jahwe”. Czeka z
wyciągniętymi rękami… Może zbyt często przynosimy Jej tylko stosy naszych
spraw, jak nowennowe kartki złożone na ołtarzu każdego piątku. Bo każdego
z nas w życiu spotyka gorycz, jeśli nie morza, oceany goryczy. Ona naszych
próśb, intencji, błagań nigdy nie odrzuca, jest nimi żywo zainteresowana, a l e
może dzisiaj, może o d d z i s i a j,
dajmy Jej najpierw siebie, dajmy Jej naszą miłość, nasze serca rozpalone
wdzięcznością, oddajmy Jej nasze życie, takie, jakie ono jest, dziś, teraz,
takie nieumalowane, może nieuczesane, bez ozdobnych formułek i litanii potrzeb.
I uczmy się,
uczmy się od Bolesnej Nauczycielki, wsłuchując się w bicie Jej Serca. W
ramionach Matki słychać bicie Jej Serca. Zabierz ten rytm do swojej
codzienności, „zabierz Maryję do siebie”, jak Jan, stawaj się Jej dzieckiem, i
legitymuj się nie tylko szkaplerzem, medalikiem, legitymuj się sercem, które
pod szkaplerzem bije, które bije w rytm Serca Matki i przygarniaj innych w
wyciągnięte ramiona w geście pomocy, przyjęcia, modlitwy, miłości.
Wreszcie, tak
jak Maryja, przyjmijmy Jezusa. Uczmy się od Niej, jak przyjmować Go sercem
rozpalonym miłością. Uczmy się, jak przyjmować Jego Ciało – już nie Ciało
martwe, ściągnięte z krzyża, ale Ciało Żywe, Jego Serce, bijące w Najświętszym
Sakramencie.
O Maryjo,
wyciągnij swoje ręce, przyjmij Jezusa w nas, przyjmij nas z Nim i przytul nas
do swojego Serca. Amen.
|