23.03.2026
Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz (J 11, 3)


Drodzy w Chrystusie Panu, bracia i siostry!

Marta i Maria często gościły Jezusa w swoim domu w Betanii (por. Łk 10, 38). Pewnego dnia ich brat Łazarz ciężko zachorował. Siostry zatem posłały do Jezusa wiadomość: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz” (por. J 11, 3).

Te słowa mówią nam o głębi wzajemnej relacji trojga rodzeństwa z Jezusem. Ewangelista napisał, że „Jezus miłował Martę, i jej siostrę [Marię], i Łazarza” (por. J 11, 5), którego nazwał swoim przyjacielem (por. J 11, 11). Wszyscy oni poznali Jezusa osobiście, często przebywali w Jego bliskości, doświadczyli Jego dobroci, mogli słyszeć Jego głos i wpatrywać się w Jego miłujące Oblicze. Dlatego siostry z ufnością zwróciły się wprost do Jego Serca mówiąc: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz”.

Drodzy Moi! Otrzymujemy tutaj wspaniały przykład dla naszej modlitwy wstawienniczej za chorych i cierpiących.

Przede wszystkim potrzeba, aby nasze serca były zawsze otwarte dla Jezusa, podobnie jak dom w Betanii, jak serca Marty i Marii, oraz ich brata Łazarza. Albowiem, tylko wtedy, gdy sami doświadczymy ofiarowanej nam przyjaźni Chrystusa, gdy przebywać z Nim będziemy w domu naszego serca i pozwolimy ogarnąć i wypełnić się Jego czułą miłością, tylko wtedy każdy chory, którego odwiedzamy, z którym przebywamy, za którego się modlimy, będzie czuł się przez nas przyjęty jak przyjaciel, jak najbliższy członek rodziny, jak umiłowane dziecko Boże.

Ale będzie to możliwe tylko wtedy, gdy sami będziemy trwać wytrwale w zażyłej relacji miłości z naszym Panem poprzez codzienną modlitwę i sakramenty święte.

Niech zatem Jezus prawdziwie obecny w Najświętszej Eucharystii często adorowany i przyjmowany w Komunii, odnajdzie w nas swoją Betanię, aby został rozpoznany i przyjęty także wtedy, gdy przyjdzie w przebraniu chorego i ubogiego brata.

Drodzy Moi! To Sanktuarium, ten Dom Maryi na oborskim wzgórzu, jest jak dom w Betanii. Tutaj przy Sercu Matki Niebieskiej czujemy się jedną Rodziną Dzieci Bożych. Jezus utajony w sakramencie Miłości przebywa tutaj dniem i nocą, i zaprasza do zażyłej przyjaźni ze sobą. Tutaj przemawia do naszego serca, ociera nasze łzy, pociesza i umacnia w chwilach próby. Tutaj też gromadzi się tak wielu chorych oraz tych, którzy wstawiają się za nimi z pełnym ufności wołaniem: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz”.

My także z tym wołaniem zwracamy się dzisiaj do Miłosiernego Zbawiciela za wszystkimi chorymi i cierpiącymi, których spotykamy i którym z miłością służymy w naszej codzienności, którzy pozostają przykuci do łoża boleści w naszym domu rodzinnym, w szpitalu i hospicjum, których twarze i imiona zapisane są w naszych sercach.

Myślimy nie tylko o tych, którzy zmagają się z cierpieniem fizycznym, ale przede wszystkim o tych, którzy są chorzy i umarli duchowo z powodu swoich grzechów. Jezus Miłosierny pragnie przyjść do nich, jak przyszedł do grobu Łazarza, ale też pragnie, abyśmy Mu o nich powiedzieli, abyśmy naszą miłością i wytrwałą modlitwą utorowali Mu drogę do ich serca.

„Samo imię Łazarz oznacza tego, któremu Bóg pomaga. Każdy z nas jest tym Łazarzem. Bo każdy z nas potrzebuje Bożej pomocy. (…)

Pewien młody człowiek, dawał świadectwo tego jak Jezus w sakramencie pokuty i pojednania wyrwał go ze śmierci. Uwikłany w narkotyki, w świat przestępczy i wiele innych nałogów, bez sensu życia i w ogromnej bezsilności pewnego dnia przyszedł i usiadł w Kościele. Jak sam opowiada, usłyszał jakiś delikatny głos w sercu, który wołał go po imieniu. Podszedł do konfesjonału i wyspowiadał się z całego swojego życia. Zalany łzami z czystym sercem i nowym życiem odszedł do ławki i żył. Teraz jest szczęśliwym człowiekiem, bo doświadczył Bożej miłości” (o. Ireneusz Krzywoń CSsR).

Papież Franciszek zachęca: „Pozwólmy się odnowić przez miłosierdzie Boga, pozwólmy, aby Jezus nas kochał, niech moc Jego miłości przekształci także nasze życie” (31.03.2013).

Do tego wzywa nas Miłosierny Zbawiciel za pośrednictwem Siostry Faustyny: „Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale już będzie za późno (Dz 1448).

Ks. Krzysztof Zimończyk SCJ, sercanin, pisze:

„Przemierzający szpitalne sale kapelan proponując sakramentalną spowiedź tym, którzy nie przyjmują Komunii Świętej, nieraz słyszy: „Jeszcze nie teraz, może jutro, może za tydzień, za miesiąc”. Te słowa bolą. Dlaczego? Bo spowiedź to spotkanie z miłosiernym Sercem Boga, które pragnie nasze serce podnieść, oczyścić, zabandażować i uczynić nowym”.

Ksiądz Krzysztof Tabath w wywiadzie udzielonym dla czasopisma „Apostolstwo chorych” (1/2016) dzieli się swoim 20-letnim doświadczeniem w posłudze kapelana w klinice w Katowicach-Ochojcu. Na pytanie dotyczące sprawowania sakramentu spowiedzi w szpitalu mówił: „Nosiłem przy sobie rachunek sumienia na jednej kartce dwustronnie wydrukowanej. Było tam przygotowanie do spowiedzi, modlitwa przed rachunkiem sumienia, warunki dobrej spowiedzi i na końcu formuła spowiedzi – z litanią do odmówienia po spowiedzi, którą często dawałem jako pokutę, by ją ułatwić. Ludzie różnie do tego podchodzili, ktoś się raz czy drugi obraził, ale najczęściej korzystali, a nawet pytali, czy mogą mieć tę kartkę przy spowiedzi. Były różne sytuacje. Rano ktoś powiedział mi, że żadnych grzechów nie ma, więc z czego by się miał spowiadać. Ja na to: «Dobra, to zostawię panu rachunek sumienia». Przychodzę po południu – jak miałem w zwyczaju – a on mówi mi: «Proszę księdza, dzisiaj nie da rady, ja to zacząłem czytać – mam tyle grzechów, że niech ksiądz jutro przyjdzie». Pamiętam też na przykład długą rozmowę z innym mężczyzną przed ciężką operacją serca. Kiedy spowiedź się zakończyła, powiedział takie zdanie: «Proszę księdza, ja przyszedłem tu na operację, ale obojętne, jaki będzie jej wynik, czy się uda, czy się nie uda, to nie ma już dla mnie znaczenia. Najważniejsze stało się teraz. Ja tego potrzebowałem»”.

Spowiedź – „Trybunał miłosierdzia” jest sakramentem uzdrowienia. Jezus jest tym, który przebacza grzechy i jednocześnie uzdrawia. Biblijny obraz, który wyraża to najlepiej, to wydarzenie przebaczenia i uzdrowienia paralityka, gdzie Pan Jezus objawia się równocześnie jako lekarz dusz i ciał. On pragnie pełnego zdrowia każdego z nas. Gdy jesteśmy w szpitalu, gdy czeka nas poważna operacja z wiarą i ufnością otwórzmy nasze serca, aby Jezus mógł je dotknąć i uzdrowić. Papież Franciszek kiedyś powiedział: „Pan nigdy nie jest zmęczony przebaczaniem: nigdy! To nas męczy proszenie Go o przebaczenie”. Niech te słowa następcy św. Piotra zapadną nam głęboko w serca i otworzą je na zaproszenie do ciągłego uzdrawiania swojej duszy w sakramencie pokuty” (ks. Krzysztof Zimończyk SCJ, Wstań nr. 181).

Św. Ambroży, nawiązując do dzisiejszej Ewangelii, w takich słowach zwraca się do Chrystusa:

„Obyś zechciał, Panie, przyjść do mego grobu, obmyć mnie Twymi łzami, gdyż w moich nieczułych oczach nie posiadam tylu łez, abym mógł obmyć moje grzechy. Jeśli będziesz płakał za mnie, będę zbawiony. Jeśli będę godny Twoich łez, pozbędę się fetoru wszystkich moich grzechów. Jeśli będę godny tego, byś choć przez chwilę zapłakał za mnie, wyprowadzisz mnie z grobu tego ciała i powiesz: „wyjdź na zewnątrz”, aby moje myśli nie zostały uwięzione w ograniczonej przestrzeni mego ciała, ale wyszły naprzeciw Chrystusowi i żyły w światłości. Kto myśli o grzechu, usiłuje zamknąć się w swojej własnej świadomości. Wywołaj więc na zewnątrz Twego sługę. Chociaż jestem spętany więzami moich grzechów, chociaż mam spętane nogi i związane ręce i pogrążony jestem w moich myślach i „martwych uczynkach” (Hbr 9,14), to na Twoje wezwanie wyjdę wolny i stanę się jednym ze współbiesiadników na Twojej uczcie. A Twój dom wypełni się cennym aromatem, jeśli będę strzegł tego, co zechciałeś odkupić”.

Niedawno na katolickim portalu internetowym DEON prowadzonym przez zakon jezuitów pojawiło się takie świadectwo:

„Kiedyś byłam na Mszy Świętej połączonej z nabożeństwem o uzdrowienie. To było jedno z tych spotkań, na które człowiek nie przychodzi z ciekawości, tylko z potrzebą serca. W kościele było dużo ludzi, ale panowała cisza inna niż zwykle. Nie taka zwyczajna cisza przed Mszą, tylko cisza pełna napięcia, oczekiwania, modlitwy. Każdy przyniósł coś swojego: chorobę, ból, lęk, trudną sytuację, z którą już nie dawał sobie rady. Ja też przyszłam z tym, co mnie przygniatało.

Msza Święta przebiegała spokojnie, ale we mnie było dużo emocji. Myśli mieszały się z modlitwą. Z jednej strony nadzieja, z drugiej wątpliwość, czy cokolwiek może się zmienić. Po Komunii rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu. Światło przygasło, śpiewy stały się spokojniejsze, wszystko jakby zwolniło. W takich momentach człowiek zostaje sam ze sobą i z Bogiem.

Na początku jedna z osób prowadzących modlitwę powiedziała: "Kto przyszedł dziś doświadczyć cudu?". To pytanie zabrzmiało bardzo prosto, ale jednocześnie jakoś mnie zatrzymało. Zapadła chwila ciszy. Wiele osób nie zareagowało. Może ze strachu, może z braku wiary, a może z pokory. Kilka osób powoli podniosło rękę. Ja też podniosłam swoją, trochę niepewnie, trochę jakby wbrew sobie.

W głębi serca naprawdę chciałam cudu. Chciałam, żeby coś się zmieniło, żeby Bóg zadziałał w mojej sytuacji. Każdy, kto tam był, miał w sobie takie pragnienie. Każdy przychodzi z nadzieją, że może właśnie dziś coś się wydarzy.

W czasie adoracji obok mnie znajdował się konfesjonał. Ksiądz spowiadał jedną osobę. Nie zwracałam na to większej uwagi, byłam skupiona na modlitwie, na swoich myślach. Nagle jednak jego głos stał się wyraźniejszy. Jakby coś kazało mi go usłyszeć. I wtedy padły słowa:

"Ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego".

Te słowa uderzyły mnie z ogromną siłą. Zatrzymały mnie całkowicie. Jakby ktoś nagle przerwał wszystkie moje myśli i skierował uwagę w jedno miejsce. Poczułam, że to jest coś ważnego. Coś, czego nie można pominąć.

W jednej chwili pojawiła się bardzo prosta myśl: czy jest większy cud niż ten?

Przyszłam tam z nadzieją na coś nadzwyczajnego. Może uzdrowienie, może znak, może jakieś wyjątkowe doświadczenie. A tymczasem największy cud działo się obok mnie, w ciszy konfesjonału, bez rozgłosu, bez emocji, bez widocznych znaków.

Człowiek, który klęczał tam przy kratkach, usłyszał słowa, które zmieniają wszystko. Słowa, które przywracają życie. Słowa, które zdejmują ciężar, który często nosi się latami. W tamtym momencie zrozumiałam, że Bóg naprawdę działa, tylko nie zawsze w taki sposób, jakiego się spodziewamy.

Zrozumiałam też, jak łatwo przyzwyczaić się do rzeczy najważniejszych. Spowiedź wydaje się czymś zwyczajnym, czymś, co się powtarza. A przecież to moment, w którym człowiek zostaje podniesiony z grzechu. Moment, w którym zaczyna od nowa. Moment, w którym Bóg mówi: jesteś ważny, jesteś kochany, możesz wrócić.

Patrzyłam na Najświętszy Sakrament i miałam poczucie, że odpowiedź na moje pragnienie już została mi dana. Nie w taki sposób, jakiego oczekiwałam, ale w sposób prawdziwy. W sposób, który zostaje na dłużej.

Tamtego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego w ludzkim rozumieniu. Nie było uzdrowienia, które można by zobaczyć od razu, nie było czegoś, co można by opisać jako nadzwyczajny znak. A jednak wróciłam z poczuciem, że byłam świadkiem czegoś bardzo ważnego.

Zrozumiałam, że cud nie zawsze jest głośny. Dzieje się obok nas, a my go nie zauważamy, bo szukamy czegoś większego.

Dziś, kiedy wracam myślami do tamtego momentu, wiem jedno: naprawdę trudno wyobrazić sobie większy cud niż to, że Bóg przebacza człowiekowi i daje mu nowe życie”.

Drodzy Moi! „Jezus jest Zbawicielem wyprowadzającym ludzkość z grobowej ciemności grzechu ku światłości poranka zmartwychwstania.

Wiara w Jezusa jest nieodzownym warunkiem, który pozwala człowiekowi otworzyć się na działanie Boga, wejść z Nim w żywą wspólnotę i doświadczyć zwycięstwa życia nad śmiercią. Zwycięstwo to dokonuje się dzięki Bożej miłości, na którą człowiek noszący w sobie obraz Boga powinien nieustannie odpowiadać miłością Bogu i bliźniemu: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci” (1 J 3,14). W ten sposób człowiek tworzy komunię z Bogiem, która przezwycięża wszelkie ograniczenia i uwarunkowania. Jest to komunia wiodąca ku życiu wiecznemu. W Jezusie możemy przezwyciężyć strach przed śmiercią i żyć w blasku miłości odczuwając w sercu pokój i radość” (Ks. prof. Mirosław Wróbel z Lublina).

„Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (por. J 11, 23 - 26) – mówi Jezus do Marty, siostry Łazarza. Z tym pytaniem Chrystus zwraca się dzisiaj do każdego z nas.

Nawiedzając niedawno cmentarz we Włocławku na jednym z grobów ujrzałem napis umieszczony przez rodzinę zmarłego, a być może na jego prośbę wyrażoną przed śmiercią. Było to tylko jedno łacińskie słowo: Credo tzn. Wierzę.

Dag Hammerskjoeld, sekretarz ONZ, laureat pokojowej nagrody Nobla, który zginął w katastrofie lotniczej w Afryce pisał: „Bóg nie umiera tego dnia, w którym przestajemy wierzyć, ale to my umieramy w tym dniu. My umieramy wtedy, kiedy nie ma w nas wiary”.

To prawda. Tylko żywa wiara, żywa więź z Chrystusem naszym Panem i Odkupicielem, daje nam nadzieję zmartwychwstania i życia wiecznego, pewność bliskości Boskiego Przyjaciela we wszelkich najtrudniejszych nawet okolicznościach naszego doczesnego życia i tego, że nawet śmierć nie zdoła nas wyrwać z Jego ręki.

S. Stella, młoda urszulanka, w jednej z konferencji dzieli się świadectwem wiary swojej babci. Mówi: „Pochodzę z rodziny, gdzie moi rodzice nie byli zbyt wierzący. Wysyłali nas, jako dzieci, do kościoła, ale sami nie chodzili do kościoła. Wierząca była moja babcia. Była to bardzo prosta kobieta. Zwyczajna. Ale Bóg był dla niej ważny, wiara była ważna, była na pierwszym miejscu. Gdy byłam małą dziewczynką widziałam jak ona się modliła na różańcu. Słyszałam jak mówiła, że wszystko od Boga zależy. Jak Bóg da to będzie. Widziałam jak ona się modli wieczorem. Byłam przy niej kiedy umierała. Siedziałam przy niej i słyszałam jak mówi: Wierzę w Boga czyli wyznanie wiary. Następnie przeżegnała się i odeszła. To było dla mnie niesamowite świadectwo. I ja myślę, że to jej świadectwo wiary wpłynęło bardzo na mnie. To co mówiła o Panu Bogu weszło do mojej głowy, do mojego serca” - mówi s. Stella.

Drodzy Moi! W ten sposób stajemy się wzajemnie dla siebie świadkami bliskości i czułej miłości Jezusa, całkowitego zaufania i oddania Jego Sercu, pielgrzymami nadziei zdążającymi razem do Niebieskiej Ojczyzny.

Dlatego, drodzy bracia i siostry, tak ważne jest, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej, trwać w głębokiej przyjaźni z Panem, zawsze przy Jego Sercu, tak jak Łazarz i jego siostry. Pomocą będzie tutaj zawsze głębokie życie sakramentalne, poprzez regularną spowiedź (np. comiesięczną pierwszo – piątkową lub nawet co dwa tygodnie), gorliwy udział w niedzielnej Mszy Świętej, a kiedy to możliwe to także w tygodniu, częstą komunię świętą i adorację Najświętszego Sakramentu oraz wierność codziennej modlitwie osobistej i rodzinnej (np. Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego), a także codzienne czytanie i rozważanie Słowa Bożego (np. czytania mszalne na każdy dzień).

W naszym chrześcijańskim Credo wyznajemy wiarę w naszego „ciała zmartwychwstanie” w Dniu Ostatecznym. Aby jednak tak się stało pamiętajmy: „Zmartwychwstanę w Jezusie, ale muszę wpierw Nim żyć” – mówi św. Faustyna.

Papież Franciszek mówi: „Jeśli przez życie idziemy z Panem, to On nas nigdy nie zawiedzie”.

Drogi Bracie, Droga Siostro! Nie lękaj się niczego, nie rozpaczaj! Zaufaj Chrystusowi, który Cię kocha i pełen czułej troski podtrzymuje Cię swoją wszechmocną prawicą. On Pan życia i śmierci da Ci siłę w godzinie próby i wyprowadzi z największej ciemności. Boski Przyjaciel współczuje z Tobą i nigdy Cię nie opuści!

Posłuchaj co pragnę Ci teraz powiedzieć od ołtarza Jego Eucharystii: «Nauczyciel tu jest i woła cię». Wstań szybko i udaj się do Niego. On w osobie kapłana czeka na Ciebie przy kratkach konfesjonału, aby objąć Cię ramionami swego miłosierdzia, wyprowadzić z ciemności grzechowego grobu Twoją duszę i uleczyć serce łaską przebaczenia. Nie lękaj się! Z ufnością zbliż się do Niego w całej prawdzie swego sumienia i powiedz Mu: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz (J 11, 3).

Drogi Bracie! Droga Siostro!

«Nauczyciel tu jest i woła cię». On w Ofierze Mszy Świętej przychodzi w swoim Słowie, uobecnia na ołtarzu Ofiarę Krzyża i wprowadza w tajemnicę swojej Paschy, aby otrzeć Twoje łzy i umocnić Chlebem dającym życie wieczne. Biegnij do Niego z ufnością i przemienionym życiem – wyznaj wiarę w Niego. On mówi dzisiaj do Ciebie: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, kto we Mnie wierzy, nie umrze na wieki”. Amen.

o. Piotr Męczyński O.Carm.

Obory, 22 marca A. D. 2026

Zachęcam także do obejrzenia i wysłuchania świadectwa Stefana z Rypina - TUTAJ


« Wszystkie wiadomości   « powrót  

 



  Klasztor karmelitów z XVII w. oraz Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach położone są 20 km od Golubia-Dobrzynia w diecezji płockiej. Jest to miejsce naznaczone szczególną obecnością Maryi w znaku łaskami słynącej figury Matki Bożej Bolesnej. zobacz więcej »


  Sobotnie Wieczerniki mają charakter spotkań modlitewno- ewangelizacyjnych. Gromadzą pielgrzymów u stóp MB Bolesnej. zobacz więcej »
 
     
 
  ©2006 Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej

  Obory 38; 87-645 Zbójno k. Rypina; tel. (0-54) 280 11 59; tel./fax (0-54) 260 62 10;
  oprzeor@obory.com.pl

  Opiekun Pielgrzymów: O. Piotr Męczyński; tel. (0-54) 280 11 59 w. 33; (0-606) 989 710;
  opiotr@obory.com.pl

 
KEbeth Studio